wtorek, 29 września 2015

Mały-Acz-Przytulny-Pokój okiem podróżujących Analizatorek, czyli Jaś i Małgosia wśród niewymawialnych nazw

Jak zapowiadałyśmy, odpoczywamy teraz od Jeźdźców Smoków, Rafała i agenta *chlip* Stocika. Nie martwcie się jednak. Dziś analizujemy (chyba) opko fantasy "o czymś innym". Mamy więc ilość kropek, którą można by obdzielić dwa opka, mamy poprzekręcane, pomieszane związki frazeologiczne, mamy tytułowe, niewymawialne nazwy, a wszystko dzieje się... właśnie, nie za bardzo wiadomo kiedy. Bo w jednej chwili to współczesność, chwilę później głębokie średniowiecze, a potem nagle taka wczesna nowożytność.
Małą ilość zielnych komentarzy jest spowodowana:
a) oglądaniem serialu
b) przeżywaniem zakończenia serialu
c) oglądaniem prequelu serialu
d) oglądaniem scen usuniętych z prequelu serialu
e) powolnym wznawianiem wszystkich funkcji mózgu
Czyli w skrócie Syndromem Skończonego Serialu. *patrzy ze współczuciem*
A spóźnienie zwalamy na spędzanie końca wakacji w biegu (i wśród seriali) oraz na początek roku szkolnego, który spadł wszystkim na głowy z siłą kija baseballowego, zrzuconego z wysokości trzech metrów.
A tak właściwie to możemy na starcie powiedzieć, że analizy będą się ukazywały z częstotliwością  baardzo nieregularną  *chowają się przed dezaprobatą jakże wielkiej rzeszy czytelników wyrażaną głównie pomidorami*
Ale następna może pojawić się dość szybko - takie są skutki pisania dwóch analiz w jednym czasie.

Zapraszamy!

Blogasek: http://pamiatka-pilnie-poszukiwana.blogspot.com/

Opis

Co to jest?
Dobre pytanie. My też je sobie zadajemy.

Mogę powiedzieć..
Wóz albo przewóz, złotko. Wielokropek albo kropka, musisz się zdecydować, a nie stawiać mi tu dwie kropki.

Że to moja książka, napisana w internecie tylko dlatego, że nie chcę mi się pisać w zeszycie, jak to robią inni..
I chwała im za to. Powinnaś wziąć przykład. Kiedy oni przejrzą na oczy, że ich Ótwory są do kitu, wystarczy, że wrzucą zeszyty do pieca i po sprawie. Twoje opko zostanie już na zawsze w naszych mrocznych archiwach, buahahaha!

No i pytanie w tytule..
Te dwie kropki na końcu każdego zdania oznajmującego zaczynają mnie powoli niepokoić. Czyżby to opko było aż tak złe, że znaki interpunkcyjne z niego uciekają?

O czym?
To będzie coś innego.
Każda pisaneczka tak mówi.
Nadal nie wiemy co i o czym, niemniej, zapewniono nas, że będzie to coś innego. Zapowiada się dość nietypowo, prawda?

Wszyscy piszą o rozmawianiu ze zwierzętami, o tym że posiadają jakieś magiczne zdolności ich postacie.
Coś się pisaneczce rzucił na zdanie szyk obcy nam zupełnie.  

A ja nie. To będzie bardziej o cennej ponad wszystko pamiątce rodzinnej.. Nie, nie chodzi tu o to, że takową szwagier kuzynki stryja mojej ciotki sprzedaje albo ja kupuję. Tu chodzi o opowiadania, chyba (autorka się zastanawia).
Chyba, bo może faktycznie lepiej zrobić tu platformę transakcyjną i oszczędzić Internetowi kolejnego opka. Przemyśl to, pisaneczko.

Zresztą już sama nie wiem co to będzie, chociaż planuję, że mają to być poszukiwania pewnej rzeczy..
Świętego Graala? Sensu życia? Poprawnej interpunkcji i logiki?

Co to będzie? Jak to będzie?
Źle?

Dowiecie się wkrótce.
Przynajmniej spróbujemy.

Chociaż może wklecę trochę magii i fantastyki... Kto wie?
A może my sklecimy z tego jakąś dobrą analizę? Albo kot wie.

Coś ode mnie.
Mam nadzieję, że Was nie zanudzę tym..
...masowym występowaniem Powalonych Dwukropków?

Tak czy siak się mam takie postanowienie, że dokończę go choćby się paliło i waliło!
O powyższych nic nie wiem, ale pierwsze się przepuściło szturm na szyk zdania.

Teraz możesz już przejść do następne zakładki.

Opko

Rozdział 1

Krótki Wstęp

Pokój ten był mały, ale nadzwyczaj przytulny. Wchodziło się do niego przez brązowe drzwi z dwoma "oknami", przez które widać było tyle, co w oddali przez mgłę, czyli tyle co nic,
A teraz czas na wery fany dżołk: "Co widać przez mgliste szyby zwane "oknami" w brązowych drzwiach do małego, acz przytulnego pokoju w epickiej krainie? NIC."

bowiem w ich kraju mgieł było dużo i często i gęsto,
Mgieł było często. Zaprawdę, niezwykła to kraina.
Rozumiem, że przez okno widać było zupełną nicość, skoro obraz musiał przejść przez dwie warstwy mgieł.

Wchodziło się do niego przez brązowe drzwi z dwoma "oknami", przez które widać było tyle, co w oddali przez mgłę, czyli tyle co nic, bowiem w ich kraju mgieł było dużo i często, ale o czym my mówimy?
Eee... Prawdopodobnie opisujemy twój pokój, pisaneczko, ale nie martw się, wiele ludzi przy takich dygresjach traci wątek... *szeptem do Avii* ...ale tak w połowie zdania?
Pisaneczka właśnie przeszła przez opisywane drzwi i zapomniała, po co przyszła. Psycholodzy i psychoanalitycy twierdzą, że to dość normalne, ale biorą pod uwagę chyba przechodzenie przez realne drzwi.

O kraju Umerabeth. O mieście Fallpart...
No proszę! A ja myślałam, że o czyimś pokoju. Chyba, że miał to być metaforyczny opis Krainy Ciemnogrodu.

Ale Wy o nim jeszcze nie słyszeliście.. No tak, przecież jest on jedynie w mojej głowie!
Szkoda, że tam nie został.

Ale jeżeli dokończę, to może wyobrazicie go sobie tak jak ja? Był on niewielki, podzielony na pięć części. Pierwsze było Minigonyth o terenach niekiedy pagórkowatych i równych, a niekiedy wyżynnych i nizinnych, drugie Oceithien tam gdzie morze, trzecie Grillie tam gdzie wysokie szczyty gór i kiełbasiane plantacje, czwarte zaś Fairnease gdzie pełno jezior i rzek, ale nie tylko.
*zezuje do Ogólnego Spisu Form Ukształtowania Terenu* Nie mamy jeszcze krainy wulkanów, pustyń oraz bagien i przydałaby się jeszcze część kraju wydzielona na dżungle.

Było tam również mnóstwo wcześniej już wymienionych pagórków i lasów,
A lasy to gdzie były wymienione, bo mi jakoś to umknęło?

zresztą one były wszędzie.
Nawet w Ocośtam? A co z morzem?
Może chodzi o podwodne lasy? I położone blisko powierzchni morza pagórki, gdzie syrenki budują sobie domki i wyprowadzają utopione pieski na spacerki?

Ale zaraz, zaraz.. Gdzie piąta część?
Też znamy to uczucie, kiedy chcemy wysłać bohatera na pustynię, ale okazuje się, że nie ma jej na mapie. 
Podejrzewam, że zagrzebała się pod stosem kropek, które uprzednio ukradła z wielokropków.

Jest tylko w legendach całego Umerabeth.
Od tego zdania w opku trwają nieustanne starcia czasu przeszłego i teraźniejszego...

To dlaczego napisałam, że było ich pięć, skoro tak na prawdę tylko cztery są prawdziwe? Bowiem właśnie Iknyrk, bo tak się nazywa ta część, odegra wielką rolę.
No ba, przecież jest magiDŻna...

Ale w czym? W całej opowieści.
Jednak nie w platformie transakcyjnej? Ale na pewno? Pisaneczko, jeszcze możesz się wycofać!

Gdzie był główny bohater, kiedy działy się zue rzeczy? Spał, a raczej spała sobie w swoim pokoju.
Bezczelność. I całkowity brak odpowiedzialności, mam rację?

Tym, którego zdążyłam opisać zaledwie drzwi.
...na chwilę przewagę osiągnął czas przeszły, co też natychmiast wykorzystał, niestety na krótko...

Tak więc dokończę.. Po wejściu naokoło Ciebie , jeżeli tam wejdziesz, rzecz jasna widnieją ściany o różnym odcieniu żółtego, a właściwie dwa.
Dwa ja? Dwa żółte odcienie? Ściany? Dwa jasne rzeczy?
Ale różnym od czego? Nawet znaki interpunkcyjne są zdezorientowane - tu jedna kropka znikąd się wzięła, tu spacja nagle wyskoczyła, tu przecinka nie ma po wtrąceniu... 

Jeden ciemny, ale tyle go dzieli od pomarańczowego, że widać iż to żółty.
Marchewkowy, bursztynowy, szafranowy, może stare złoto? Pisaneczko, skorzystaj ze zdobyczy cywilizacji. Po to ludzie ponazywali różne odcienie kolorów, żebyś nie musiała opisywać barw w taki sposób.

Drugi jest inny, bowiem jaśniejszy. Niemalże tak jak..,jak..,jak.. Jak biały!
Biedny narrator! Jest tak przerażony tym bestialskim traktowaniem Interpunkcji, że aż się jąka! 

Tylko, że taki, że widać że jest żółty.
A ten zielony nalot na ściankach szklanki w mojej szafie to biała piana z mleka. 
Mogę powiedzieć, że "że" ma synonim "iż" i że oprócz tego można po prostu zmienić budowę zdania, tak, że ciągłe stosowanie "że" nie będzie konieczne. Nieprawdaż, że mam rację?
PS. Nie prościej napisać, że ściana miała kolor słomkowy?
Przeciętna Kobieta by się nie zgodziła. Przeciętny Rolnik też, wiadomo, że słoma może mieć różne kolory.

Okno jest naprzeciw drzwi. Można przez nie ujrzeć zachody słońca, o ile nie ma mgły, co zdarza się tu raz w rok. Na parapecie jest siedem doniczek kwiatów.
Jestem pewna, że liczba doniczek nawiązuje do czegoś.
A ja założę się o moją NIESzPUŁKĘ, że i tak nie będzie to miało znaczenia w reszcie opka.

Po środku, w kremowej doniczce stoi storczyk.
No bo jeśli "po lewej" i "po prawej" pisze się oddzielnie, to pewnie "po środku" też, prawda?
Podpowiedź: Nie.

Pod tą całą "półką" rozciąga się grzejnik, również w kolorze żółtego jednorożca, jak prawie wszystko.
Grzejnik jest metalowy. Metal pod wpływem ciepła się rozciąga. Logiczne.
Fragment Analizatorskiego Dziennika z Podróży Przez Blogaskolandię: "U podnóża świętej góry Parapetopółki rozciąga się bezkresna równina Grzejnik. Tam, wśród złotych/słomkowych łanów zbóż, cały rok pasą się żółte jednorożce. Miejscowi wiążą z Parapetopółką wiele legend, z których najstarsza wspomina fantastyczne chmury przypominające kwiaty w doniczkach. Nie wiadomo, co miało znaczyć to wydarzenie, jednak tubylcy bardzo lubią świętować jego rocznice. Organizują wtedy wielki festyn i przyczepiają na szczycie góry linki z prześcieradłami na końcu. Festyn przyciąga wielu turystów, którzy chętnie wspierają lokalnych plastyków, masowo wywożąc gustowne pejzaże, z fantastycznymi obłokami w kształcie twarzy klienta. Tematyka obłoków przejawia się też w licznych utworach poetyckich: 
Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych zachodów mglistych, nad równinami złocistymi
Do tych obłoków czarownych, niczym kwiaty rozkwitających 

Szeroko pod i nad Parapetopólką rozciągionych
jak pisał przebywający na emigracji dwutygodniowych wakacjach w Wielkich-I-Bardzo-Nasłonecznionych-Balkonach poeta.
"

Idąc prawą stroną napotkamy jeszcze komodę w odcieni ciepłego brązu,
Inny fragment: "Przemierzając Mały-Acz-Przytulny-Pokój, którego żółte pola ciągną się aż po horyzont, napotykamy Komodę w Odcienię Ciepłego Brązu odzianą."

jeżeli tak można to opisać.
Można, można, wszystko jest przecież dla nas jasne. Ale wytłumaczysz nam, co to jest ta Odcienia Ciepłego Brązu? Bo mamy taki mały zakładzik z Avią.

W dwóch pierwszych szufladach gra w pasjansa bałagan, ale tak dla niepoznaki i stworzenia imidżu buntowniczej nastolatki. W reszcie jest porządek z orzeczeniem w gratisie. Następna jest szafa tego samego koloru co bałagan z lustrem pośrodku smutnego, niedokończonego wtrącenia. Po lewej stronie, tuż obok okna stoi biurko, na nim laptop
Laptop? Błagam, pohaterka nie może mieć prostego dostępu do informacji w internecie! Musi chodzić do biblioteki czy innego, mało tajnego miejsca. Najlepiej kiedy musi korzystać wyłącznie z książek lub z wiedzy starszych, przygłuchych sąsiadek.

i bałagan w wiszących szafkach na górze Parapetopółce. Zwykle jest tu również bujany fotel.
Zwykle, bo w lecie Bujane Fotele migrują do Niwmywilłaeny.

Ostatnim meblem jest łóżko, nad którym wisi zegar oraz Pamiątka I Komunii Świętej.
 Kiedy jest bez kołdry,
Rozumiem, że bałagan wiele ma obliczy, ale nawet ja potrafię utrzymać go w ryzach na tyle, żeby kołdra nie musiała uciekać na ścianę.

znaczy to, że domowniczka wpakowała je na siłę pomięte do szuflady niżej,
"Je są to rytualne zasłony, używane przez mieszkańców Małego-Acz-Przytulnego-Pokoju do odganiania złych duchów - Deklinacji i Szykzdania."

jeżeli zaś nie, znaczy to, że jej się nie chciało. Ale jeżeli już chodzi o domowniczkę,jej pseudonim Nie-Lubię-Spacji Anitsa. Fairnease słynie z tego, że nadają imiona źdźbłom trawy, ale wymyślają później ksywki.
A ta wspomniana wcześniej Pamiątka I Komunii Świętej jest sfałszowana i stanowi jedynie modny bibelot. Bowiem przed I Komunią Świętą należy przyjąć chrzest, a na nim otrzymuje się randomowe imię, którego żadne szanujący się katolik nie wyrzeknie na rzecz jakiejś dziwacznej ksywki.

Tak więc jej imię nie jest już nam potrzebne. W domu mieszka jeszcze jej babcia Elena i matka Aina oraz brat Aspaw i pies Sulim.
Zacznijmy więc od początku. Był to jeden z tych sierpniowych nocy, co gardzą rodzajami. Latarnie w całym Fallpart zostały pozapalane.
Dla przypomnienia: miasto Fallpart znajduje się w Fairnease, które jest częścią Umerabeth. Uczcijmy minutą ciszy ludzi, którzy połamali sobie języki próbując to wymówić.

Rodzina Anitsy zasypiała śniąc pewnie o jakichś miłych rzeczach.
No patrzcie, a ja śnię, śpiąc.
U mnie etap zasypiania jest bardzo podobny do majaczenia i biegających myśli, ale może mam zbyt niski poziom.

Drzwi zostały uchylone skrzypiąc cicho.
Tymczasem Warunek Tożsamości Podmiotów mruknął coś o niedouczonych literacikach, po czym dumnie opuścił Blogaskolandię.

Słychać było stłumione kroki. Ktoś wyraźnie szedł korytarzem.
Tajemniczy włamywacz dbał, aby każdy jego krok zostawił wyraźny ślad na parkiecie.

Nagle ucichło chrapanie psa, po chwili rozległ się cichy odgłos otwieranej szafki. Po chwili ktoś wyszedł, zostawiając pod szafką buty.
Teraz rodzi się pytanie: Co to za pies, który komuś zupełnie obcemu pozwala wejść do domu?! Moje małe, kochane zwierzaczki to nawet na Avię szczekają, mimo że już nieraz mnie odwiedzała. A jak ktoś nieznajomy zawita w nasze progi, to nie ma zmiłuj się. Tylko modlić się, że nie odwlekłam im szczepienia przeciwko wściekliźnie.

Coś skradziono, ale tylko co?
Powiedziałabym, że poczucie umiaru w używaniu spójników, ale to jest zbyt przyziemne.

Reszta tej nocy upłynęła spokojnie. Anitsę obudził krzyk jej matki.
- Zegar! Nie ma go! - zaraz do tego samego pokoju dokuśtykała Elena.
- Nie możliwe, a pewne, że "nie"  z przysłówkami piszemy łącznie, nikt go przecież by nie ukra... Nie ma!!!
Jak widzimy, Aina nie uważa zegara za na tyle cenny, aby ktoś mógł się na niego połasić. Do czasu.

- Co to za krzyki ?- ziewnął przeciągle Aspaw, dołączył do niego Sulim. - O szóstej nad ranem..
- Hah! A skąd to wiesz? Zegar się zgubił! -
Obstawiam, że też ma laptopa, który wyświetla mu godzinę.
Albo ma w pokoju kolejny antyk - budzik, albo, co byłoby jeszcze dziwniejsze, opanował technikę korzystania z zegarka na rękę.

Anitsa zaśmiała się szyderczo wkraczając do salonu, gdzie działa się cała ta "szopka".
Albowiem ja jestem Mary Sue i ja jestem ponad takie błahostki jak zaginięcie wielowiekowej pamiątki rodzinnej, ot co!

- Nie zgubił się, tylko został skradziony - Babka zwróciła się do dziewczyny poważnym tonem.
- No i co.. Najwyżej 300 Brązów - wtrącił się chłopak przecierając oczy ze zmęczenia.
Zmęczył się zapewne tym zapisem dialogów. Albo nocami podkrada kropki z wielokropków.
I mam nadzieję, że te brązy są napisane z dużej litery przez przypadek.

Brązy były walutą całego Umerabeth.
- To nie o to chodzi kochani.. To nie tylko pieniądze.. To... To.. klucz do poprawnej interpunkcji! - powiedziała Aina.
- To pamiątka rodzinna, bardzo ważna, a nawet bardziej niźli ta rzeźbiona w króliki, zabytkowa łyżka, którą mój cioteczny dziadek przywiózł z górskiego kurortu, jako prezent ślubny dla babci. - Dokończyła Elena puszczając oczko do córki, ta zaś odpowiedziała na to uśmiechem.
Tu widzimy przykład kiepskiej konspiracji ze strony dorosłych. Zmieniająca zdanie z akapitu na akapit Aina i babcia "dyskretnie" puszczająca oczko brzmią niezwykle wiarygodnie. 

Na to szczeknął Sulim. Nie było bowiem rozmowy, w której pies nie zamieniłby chociaż zdania,
*Na to Natarela uśmiechnęła się z politowaniem i wróciła pamięcią do fragmentu, w którym pisaneczka zarzekała się, że nie będzie pisać o gadających zwierzętach. Chyba, że dla pisaneczki "Hau, hau!" to też jest zdanie, czego wizja bardzo Natarelę przeraziła.* 
*Avia i Kota patrzą ze zrozumieniem na pisaneczkę* 

chyba że tematem było szczepienie, wtedy siedział on skulony skomląc.
- W takim razie trzeba kupić nowy zegar i faworyzować inną pamiątkę rodzinną.. - zajęła głos Anitsa.











"Faworyzowanie pamiątek rodzinnych i zajmowanie głosu są w Małym-Acz-Przytulnym-Pokoju na porządku dziennym. Wciąż usiłujemy dociec, co znaczą powyższe, nieznane nam dotychczas i należące najwyraźniej do lokalnej gwary zwroty."

Babka i matka odpowiedziały na to chóralnym:
- NIE!
- Dlaczego ? To tylko kupka drewna i..
- Nie kochanie. To coś ważniejszego, Ty nie przykuwasz do tego takiej uwagi,
"W tutejszej kulturze wykształciło się mnóstwo oryginalnych i nieco egzotycznych dla nas obyczajów. Mianowicie, małyaczprzytulnypokójczanie mają w zwyczaju przykuwać uwagę do starych zegarów. Czym jest uwaga (podejrzewamy, że to jakieś czasopismo lub talizman, niestety, weryfikacja naszej wiedzy może trochę potrwać, zważywszy na zawiłe zasady języka, którym się tubylcy posługują) oraz skąd się wzięła owa tradycja - nie wiemy."

bo dla Ciebie zegar to zwyczajna rzecz, ale dla nas jest ważna, i to bardzo. To mahoń! I Trybiki Zagłady, które odwlekają koniec naszej cywilizacji. - Powiedziała Elena,
Wy nie pamiętacie czasów, kiedy czas wyliczało się z pozycji słońca na niebie!

Aina potakiwała tylko mając ręce złożone na piersi w "krzyż" aż wreszcie zapytała:
"Kiedy małyaczprzytulnypokójczanin chce wyrazić swoją dezaprobatę dla omawianej kwestii, składa ręce w "krzyż" (jest to możliwe za sprawą specyficznej budowy anatomicznej tubylców) na prawej piersi."

- W takim razie.. Co możemy zrobić? Może jednak sobie odpuścić.. Policja nie złapie złodzieja, przynajmniej w całym Fairnease. Jedyne co możemy zrobić to czekać..
Aż złodzieja zaczną nękać wyrzuty sumienia? Cóż, możecie również pozbierać nadprogramowe kropki z końców zadań i wymienić je w kantorze na te wasze brązy. Wyjdzie tyle, że będziecie mieli na łapówki dla policjantów i w try miga odzyskacie zegar.  

- Na co? Aż on wykorzysta... Jego piękno wykorzysta. - poprawiła się babka.
- A skąd wiesz, że to nie "ona", dlaczego "on"? - wtrącił się Aspaw, który dotąd popijał wodę i jadł tosty z serkiem o smaku śmietankowym z ziołami.
*I tutaj analizatorki zastygły i zaczęły zastanawiać się, kiedy Aspaw miał czas zrobić sobie tak wykwintne śniadanie. Po godzinnym sporze doszły do wniosku, że sam pomysł tego śniadania jest pozbawiony sensu.*

- Hah! A nie widzisz śladu butów? Jest trochę piasku w przedpokoju. - zaśmiała się dziewczyna poklepując brata po plecach. - Jak byłbyś bardziej spostrzegawczy, to byś zauważył.
"Jak odróżnić mężczyznę od kobiety wśród tutejszego ludu? Nie ma nic prostszego, bowiem przedstawiciele płci męskiej zawsze pozostawiają po sobie piasek (podejrzewamy, że ma to jakiś związek z wydalaniem tej rasy, ale są to na razie nasze luźne insynuacje)."
Dopisek na marginesie: "Jeśli zdziwił kogoś «ślad butów», to spieszymy z wyjaśnieniami. Niektórzy małyaczprzytulnypokójczanie moją zrośnięte stopy i noszą dwa buty zszyte w jeden. Jest to spowodowane prawdopodobnie posiadaniem imienia nicku zaczynającego się literą inną niż A."

- W takim razie Anitsa i Aspaw, idziecie go szukać. Spakuję Wam plecaki, dam trochę pieniędzy, prowiantu i.. Was pożegnamy. - odparła Aina.
Czy tylko mi rzuca się w oczy pokrewieństwo między tym opkiem, a "Jasiem i Małgosią"?
Racja. Ale cwana Anitsa, chcąc uniknąć remake'a z powyższej baśni, rozsypuje kropki zamiast okruszków chleba. Sprytne, nie powiem.

Rozdział 2

Pochmurny początek wyprawy..
Anitsa i Aspaw stanęli "dęba".
No patrzcie, pisaneczka zapomniała wspomnieć, że są końmi.
Dopisek do dopisku na marginesie: "... oraz liczby kończyn mniejszej niż cztery"

Popatrzyli po nich, raz na matkę, raz na babkę. Zauważyli, że nie żartowały, ale dziewczyna chciała się upewnić.
- Dobre mi sobie! Ten kawał się akurat Wam udał!  - zaśmiała się sztucznie.











"Dobre mi sobie"? To... Hm... Jakiś nowy element slangu młodzieżowego? Celowe przekręcenie popularnego "dobre sobie", aby zszokować czytelnika i zwrócić uwagę? Kontrofensywa sylaby "mi"?
Pokolenia nowego tysiąclecia są tak egoistyczne.


- To nie był żart.. - odparła poważnie Elena.
- Pff... To tylko zegar, nie jest wart naszego życia.. przecież! - zaszczebiotał niezadowolony Aspaw.
- Nic Wam się nie stanie..
Tu pozwolę sobie wtrącić uwagę PWN na temat pisania z dużej litery zwrotów do odbiorcy wypowiedzi w dialogach opowiadań: "W dialogach powieściowych pisanie On zawsze wielką literą byłoby nieznośnym natręctwem (można by pomyśleć, że autor kanonizuje swoich bohaterów)."

Już mówiłam, że to nie tylko kupka drewna, to cała historia i jeszcze więcej. Nie sądźcie, że wysyłamy Was na niechybną śmierć.. Ależ skąd! - tu Elena zakaszlała nienaturalnie - To zwykła wyprawa, nauczy Was samodzielności i zaufania do rodziny..
- Ale.. Po pierwsze, zginąć możemy. Po drugie, nie wiemy gdzie szukać mamy. Po trzecie zaś, nawet jak będziemy wiedzieli gdzie szukać nam trzeba, to i tak nie złapiemy złodzieja, nim rzekomego piękna tego starego bibelotu nie wykorzysta..
- Usiądźcie.. - powiedziały łagodnie - Nie możemy już tego przed wami ukrywać, ten zegar nie jest zwyczajnym zegarem. Włada pewną mocą, a dokładnie potrafi odmierzać czas, jeżeli dostanie się w ręce komuś niedobremu, wyrządzi wielką szkodę. Szukać będziecie w Iknyrk, a dokładniej w Ikłetaiv.
Czyli mówiąc "zwykła wyprawa", miały na myśli podróż do magicznej krainy, żeby szukać Jedynego Pierścienia Zegara o Pewnej Mocy, tak?

Same byśmy tam się udały, ale musimy pilnować domu i jesteśmy już stare.
Przy takiej wymówce to nawet stwierdzenie "pies zjadł mi wypracowanie" brzmi wiarygodnie.

Nie patrzcie się na nas jak na czarownice! Iknyrk jest otwarty, ale trudno go znaleźć. Sulim Was zaprowadzi.. - pies szczeknął w odpowiedzi.
Ktoś się tu naoglądał filmów ze zwierzętami.

- Czy on też jest magiczny?
- Nie, zwyczajny pies by po prostu was porzucił w lesie i pognał za zającem. - Pogłaskała go po głowie. Był rasy Akita Inu,












*cedzi przez zęby* Nazwy. Ras. Psów. Piszemy. Z małej. Litery. Ale jak się wierzy w to, co wypisują na onecie, to się tak właśnie kończy.
Mamy uwierzyć, że nie jest magiczny?

miał rudawą sierść i białe podbrzusze, nietypowy, bo czarny nos oraz niebieskie oczy. Anitsa miała długie, ciemnobrązowe włosy splecione w koński ogon, zielone oczy. W lato i wiosnę się zwykle w kolorowe T-shirty i czarne spodenki wypłakiwała.
...czyli jak płynnie przejść od opisu psa do opisu pohaterów.

Aspawa włosy były krótkie i czarne jak pióra kruka. Nosił firmowe buty i szare koszulki oraz zielone bluzy. Aina miała średniej wielkości ciemne włosy, jak i jej matka, miły i łagodny wyraz twarzy oraz wygodne ubranie.
Wniosek, że ubranie Ainy jest wygodne, narrator wysunął na podstawie tego, że matka Anitsy i Aspawa nie krzywiła się przy każdym ruchu.

- Szkoda, ale i tak jest moim przyjacielem - skomentował brat Anitsy.
Dyskryminuje psy ze względu na poziom many, rasista jeden.

 - Nie mogę w to uwierzyć.. - dziewczyna zamyśliła się. - To na prawdę dziwne, ale fascynujące.. Może napiszę o tym książkę?
"Według wierzeń Małego-Acz-Przytulnego-Pokoju największym bóstwem jest Prawda. Dość często słychać więc u nich powoływanie się na jej majestat zwrotami typu: Na Prawdę!"

- Idź po swój niebieski plecak, Aspaw po zielony. Spakujemy Wam przede wszystkim Brązy, jedzenie i ubrania.
A GPS? A mapy? A przybory do mycia? A buty na zmianę? Tak to jest, jak się pakuje w ostatniej chwili.

Tak.. Może to szalone, ale tak na prawdę to poważna sytuacja. A, i jeszcze jedno. Nie będziecie tam sami,
To uczucie, kiedy dowiadujesz się, że na świecie są jeszcze inni ludzie...

miejcie oczy naokoło głowy, a nic Wam się nie stanie.. Nie ufajcie nieznajomym podróżnikom. I kuzynowi Ernestowi, jeśli go spotkacie. Nie złożył mi życzeń urodzinowych i nadal ma nadzieję na łyżkę po babci w spadku.
Czyli prawie wszystkim.

Czy mogę na Was liczyć? Jeżeli Sulimowi nie spodobają się podróżni, nie ma co się do nich zbliżać. Mam nadzieję, że zachowacie moją przestrogę aż po Ikłetaiv i z powrotem. Tam, gdzie zaczyna się absurd i tęcza, będziecie już bezpieczniejsi. I jeszcze ostatnia rzecz, puśćcie psa wolno, bez smyczy kiedy zacznie się las. Tam musicie być cicho - nadawała Elena.
Ku chwale Potocznych Sformułowań!

- To miała być groźba? To zabrzmiało tak strasznie! Może lepiej zostańmy? Nie pali się.. - Anitsa posmutniała.
Pamiętajcie! Mary Sue nigdy nie panikuje, choćby nawet się tak wydawało. Ona może posmutnieć, zaszydzić, etc.

- Nie, ostrzeżenie. Nie musicie spotkać nieprzyjaciół, droga może Wam przecież minąć, ot tak, bez przeszkód, pomimo to musicie mieć się na baczności.
Żeby was te przeszkody nie napadły znienacka, prawda.

Aina bez słowa poczęła robić kanapki i pakować koce, włożyła również kilkanaście butelek wody i pieniądze.
Kilkanaście butelek wody. Coś czuję, że niedaleko zajdą z takim obciążeniem.

Wsadziła ostatecznie kilka ubrań i zapięła zamek.
- To musi Wam wystarczyć, jeżeli ktoś poprosi o pomoc, tak też zróbcie.
Niekonsekwencję tu widzę. Jak mogą komuś pomóc, nie ufając mu?

W zamian może Wam ofiarować jedzenie i picie, a tego bardzo potrzebujecie. Jeżeli znajdziecie jakiś sklep, zaopatrzcie się w brakujące Wam rzeczy. Możecie już wyruszać, jest po ósmej. Na szczęście mam zegarek na ręce. - pokiwała swym dzieciom i podała pakunki.
- Szykuj się bracie - Anitsa strzeliła dwukrotnie brwiami










Nie wiem, czy o to chodziło pisaneczce, ale, naprawdę, moja baza gifów i google są bezradni wobec "strzelania brwiami". 

- Weź psa i ruszamy - uśmiechnęła się pod nosem i wybiegła przed dom, a był on średniej wielkości.
*Natarela podlewała swoją NIESzPUŁKĘ i czytała opko, a było ono bardzo złe* 

Drzwi były drewniane, ozdobione różnymi ornamentami. Po prawej znajdowała się mosiężna klamka.
Narrator bardzo lubi opisywać drzwi, nieprawdaż Avio?
Po prawej od drzwi? To musiał być skomplikowany mechanizm. Czekam na opis koloru tynku.

Wychynęli cicho z uliczki twarze mięli niezadowolone, z pogody.
...że co?
To po prostu kolejny sygnał, że nadchodzi Zabójczy Księżyc W Zaćmieniu. Albowiem powiedziano w Prawie-najświętszej Księdze: "A pierwszym znakiem nadejścia Zabójczego Księżyca W Zaćmieniu będzie Wielka Migracja Przecinków-Które-Już-Nie-Powrócą oraz nagłe wychynięcia gołowąsów z pogody."
A mięcie niezadowolonych twarzy zrzucamy na karb niecodziennej budowy anatomicznej małyaczprzytulnypokójczan.

Było pochmurno i mglisto, chociaż cieszyli się, że nikt ich teraz nie ujrzy, a mgła opadnie kilka godzin później. Pies, jako jedyny z kompanii merdał radośnie ogonem obwieszczając wszem i wszystkim swoją bezgraniczną radość z tego, że tak skutecznie pogonił Frazeologię i małe, gryzące stworzenia.
Pomyślałby kto, że w tej "kompanii" jest więcej istot z ogonami...

Rodzeństwo ubrane było w kurtki przeciwdeszczowe, ciepłe spodnie i wygodne, nieprzemakalne buty. Na plecach nieśli po zapakowanym plecaku.
...zapakowanym plackami o smaku plackowym?

Już po chwili drogi usłyszeli jakieś niepokojące odgłosy, szmery i szepty roznosiły się echem wokół nich.
Tak się kończy izolowanie dzieci od społeczeństwa i świata zewnętrznego. Nie wiedzą, że istnieją inni ludzie, panikują przy najlżejszym szmerze i wyobrażają sobie nie wiadomo co.

Nic zrozumiałego, jak i miłego zresztą. Sulim nie zdawał się słyszeć niczego, widząc że jego pan i pani się niepokoją, zaszczekał w tamtą stronę sprawiając głuchą ciszę.
I zobaczył Sulim, że cisza była dobra.

- Nie podoba mi się.. - dziewczyna rozejrzała się dookoła.
- Mnie również, ale co możemy zrobić? Pies ciągnie nas naprzód, do Ikłetaiv tak, jak mówiła babcia..
Ewentualnie do najbliższej wędzarni, ale co tam.

- Racja.. Brrr. - Przeszył ją dotkliwy chłód - Tobie też jest tak zimno?
- Bardzo, zapomnij o tym i myśl o czymś przyjemniejszym.. jak na przykład wygląd Iknyrku. - odparł Aspaw.
- Heh! Niezły pomysł. Mam nadzieję, że jest tam pełno słońca i ciepła... - zamarzyła się jej Equestria.
Przed chwilą weszli do pięknego, dębowego lasu. Stąpali powoli po miękkim mchu, a świat zdawał się przyjemniejszy i łagodniejszy niż przedtem.
- Słuchaj, teraz możemy już odpiąć Sulima. - Brzdęk! Smycz została włożona do plecaka, a pies idący obok nich był bardziej weselszy, mimo to nie zostawił swoich przyjaciół samych.
Ale Gramatyki to się pozbył przy pierwszej okazji. Przeszkadzała mu w byciu "bardziej weselszym".

Już po kilkudziesięciu minutach wędrówki, las im zbrzydł.Drzewa zaczęły robić się mniejsze i gęściejsze. Liście zmieniły się w igły, które powpadały w buty i uwierały stopę.
"Flora tych terenów jest dość nietypowa. Na szczególną uwagę zasługuje lokalny gatunek dębów. Z bliżej nieznanych powodów, w ciągu dnia drzewa te zmieniają okrycie z liści na igły."

Chmury zakryły niebo, z którego leciała drobna mżawka.
"Pogoda w Małym-Acz-Przytulnym-Pokoju również jest dość niezwykła dla przybyszów. Mianowicie, deszcz nie pada tu z chmur, a prosto z nieba. Obłoki tymczasem stanowią niejako osłonę od deszczu. Bywa to mylące dla niezorientowanych turystów."

Wszystko to stawało się coraz to uciążliwsze i nudniejsze.
- Zróbmy sobie przystanek.. - zaczęła się wcielać w rolę Mary Sue dziewczyna - Mam już tego dość - Akita pokiwała głową siadając pod drzewem.
Nie wiem, kim jest Akita, ale świetnie nadaje się na towarzyszkę Aspawa i Anitsy.
Może to tutejszy odpowiednik Ironii.
Jeśli tak, to cofam to co powiedziałam.

- Dobrze, zjemy coś na dodanie sił, musimy być jednak oszczędni w słowach. Sulim, chodź piesku, dostaniesz kanapkę! - Cała kompania posiliła się szybko i napoiła swoje końskie wcielenia, musieli jednak podążać dalej, za psem.
Jedni podążają za głosem serca, inni za marzeniami, a nasi pohaterowie - za psem. 

Zdawało się lekko rozchmurzać i słońce oświetlać im drogę.
Bełkot narracyjny tudzież anomalia składniowa w jednym zdaniu. Jestem pod wrażeniem.

Było około południa postanowili ruszyć dalej. Reszta dnia minęła szybko. Zaczęło zmierzchać, co więc zrobić? Położyli się w pod warstwą koców pod jakimś drzewem zasypiając w niespokojny sen.
- Mam już dość! Nie zniosę dłużej takiego traktowania - wrzasnęła zbulwersowana Frazeologia. - Żegnam Was.

Rozdział 3

Bobrza niespodzianka
Następny dzień wędrówki zaczął się pięknie. Rodzeństwa
Rodzeństwa w liczbie mnogiej, bo Akita miała jeszcze brata Ardama.  

obudziło słońce przedzierające przez podświetlone liście brzozy i wiatr szeleszczący między gałęziami.
Słońce nie ustawało w wysiłkach i mozolnie parło naprzód, mimo utrudniającego jej wędrówkę istnego gąszczu liści brzozy.

Była czwarta nad ranem, zimno dawało się we znaki każdemu z podróżnych..
To zdanie sugerowałoby, że obudzili się jednocześnie, jednak za chwilę...

Anitsa ziewnęła przeciągle.
- Sulim? Gdzie jest Sulim? Aspaw!!! Gdzie jesteście? - rozejrzała się wokoło, nie było żadnego znaku życia, na nikogo jej wzrok nie natrafił.
Tymczasem z aprobatą głową mistrz Yoda pokiwał. Wprawy tylko jego padawanowi brakowało.

- Nie drzyj się! Poszliśmy po drewno - Chłopak przybiegł pędem sądząc, że coś stało się siostrze i usiadł obok niej gładząc sierść psa stojącego przed nim.
W sensie, że Aspaw sądził, iż "coś" zaatakował jego siostrę i usiadł obok niej? Czy też pisaneczka twardo trzyma się zasady, że przed "i" przecinka nie dajemy, nie zważając na logikę?

- Już, dobrze, dobrze. W którą stronę mamy teraz? Iść? Zaraz, zaraz.. Po co Wam drewno? Nie mamy nawet zapałek. - zadrwiła.
- Nie masz toTy przycisku spacji, ja wziąłem kilku pudełkowy zapas na wszelki wypadek.. Rozpalmy ognisko i ogrzejmy się nieco. Chłód przeszywa mnie do samych kości. - wzdrygnął się.
Pies naśladując pana z niewiadomych przyczyn, ze skupieniem usiłował wywołać podobny efekt zadrżenia, za piątym razem mu się udało,
Jakie urocze haiku. A tak na marginesie: psy umieją dygotać, nie umieją się skupić, nie umieją liczyć oraz NIE NAŚLADUJĄ WŁAŚCICIELI (kampania społeczna: "Walczymy z Hollywoodzkimi Stereotypami na Temat Psów").

nikt jednak nie zwracał na to uwagi.
Oprócz narratora, oczywiście.

- Wiesz co? Może pójdziemy po wodę z jakiejś rzeki? Wygotujemy ją z bakterii i nie zużywając zapasów zgasiłabym pragnienie.. Byliście na zwiadach, na pewno widzieliście chociaż strumyk..
W strumyku płynie woda z rzeki. Logiczne.

Zaprowadzicie mnie? Wezmę psa, Ty rozpalaj dalej te ognisko.. - szarpnęła lekko brata za rękę chcąc zwrócić na siebie uwagę. - Dobrze?
- Nie. Mówi się TO ognisko.

- Nic nie widziałem, usiądź. Zjemy kilka kanapek, puki są jadalne i nie mają pleśni.
"Puki są to owoce rosnące tylko i wyłącznie w Małym-Acz-Przytulnym-Pokoju. Rosną na pukowcach, które owocują późną wiosną. Miejscowi przekonują nas, cytuję, że «(...) są jadalne i nie mają pleśni.» Zdecydowałyśmy się więc na skosztowanie. Puki mają fioletową skórkę oraz smak waty cukrowej, sardynek z puszki i kompotu z suszu zmieszanego z Pepsi-Colą." 
Jak na razie żadnych efektów ubocznych. To chyba znaczy, że możemy je uznać za jadalne. Co nie, Avia? Avia...?
Jakby to zalać wodą spod ogórków kiszonych?

Później zaczniemy jeść suchary. Tymczasem jednak trzeba oszczędzać kropki, bo przy obecnej rozrzutności nie wystarczy nam ich do końca opka.. - odparł przysuwając się do ognia, ale tak by się tylko lekko ogrzać.
Wiesz, narratorze, nie podejrzewamy Aspawa o skłonności autodestrukcyjne.

- No wiem.. Podasz mi butelkę wody..? Dziękuję - odparła odkręcając plastikową nakrętkę.
- Proszę Sulimie. Zjedz trochę, wzmocnisz się, wiesz że bardzo Cię potrzebujemy? Ciekawe skąd znasz drogę, co? Pewnie też jesteś jakiś niezwykły chociaż o tym nie wiemy. Łap - krzyknął radośnie Aspaw rzucając chlebem w pyszczek psu.
A pies stał z rozdziawioną paszczą i czekał, aż mu państwo coś tam wrzucą? *pusty śmiech*

Dwadzieścia minut później wszystkie prowianty zostały schowane, tak samo jak koce do plecaków, które były trochę mniej cięższe niż kiedy wychodzili.
"Mniej cięższe". Moja purystyczna dusza cierpi.

Wiosna dobiegała już końca, niedługo lato czekało wędrowców, cieplejsza, ale i uciążliwsza stawała się ich podróż. Mieli przed sobą jeszcze długą drogę, mogliby iść nawet miesiąc czy dwa natrafiając na przeszkody.
Bo już trzy miesiące się tak wlec bez celu, i to z przeszkodami, to już ponad ludzkie siły. 

Pies prowadził ich dzielnie pomiędzy drzewami węsząc wokoło, zdawał się skupiać całą swą uwagę na znalezieniu czegoś, w tym przypadku Iknyrku.
A ja dalej obstawiam wędzarnię.

W głowie Anitsy krążyło milion pytań o które chciałaby się pewnie zapytać swojej matki, jak i babci.
Pytania, o które chciałaby się zapytać. Kochana, jeśli ty sama nie dojdziesz do ładu z twoim umysłem, to nikt inny również tego nie zrobi.

Dziwiła się co też może wyczynić ktoś, kto znajdzie zegar,
Czekaj... wiem... Ten ktoś może... może... odczytać godzinę?

a może to zwykłe kłamstwo, czy żart?
Może wszystko co nas otacza jest iluzją, a my tylko mózgami unoszącymi się smętnie w pojemnikach z niebieskawą cieczą?

Może to zwyczajny zegar-pamiątka, który jej krewni darzą wielkim podziwem? Co też mogła wiedzieć ona i jej brat, skoro w pośpiechu zapomnieli o tak istotnych sprawach jak kilka pytań..
BARDZO istotnych sprawach. O znaczeniu wręcz fundamentalnym dla jej funkcjonowania.

Szli przez kilka godzin, nogi rozbolały ich okropnie, a myśl o spaniu w lesie okropnie przytłaczała. Nie odzywali się do siebie i w ciszy brnęli naprzód. Nagle coś zaskrzypiało przed nimi, *szybka weryfikacja informacji przez narratora* a raczej po lewej.
Błyskawiczna reakcja, narratorze. Prawie się nie zorientowałyśmy.

Pies pobiegł w tamtym kierunku głośno szczekając, chłopak pobiegł za nim. Dziewczyna nie ruszyła się z miejsca osłupiała patrząc co też wyczynia ich pies.Szczekał w stronę drzewa, które ścinały jakieś bobry.. Wreszcie chłopak zabrał psa ciągnąc go na smyczy.
ZA tę smycz, która była schowana w plecaku? Szacun. 
I nie, nie mogło być tak, że Aspaw ją wyjął i zapiął Sulimowi ukradkiem, bo prędzej ja zacznę gubić przecinki, niż taki rozdrażniony, szczekający akita inu da się przytrzymać za obrożę. A opisu szarpania z psem nie było.

Ongi ich pies nie był taki agresywny wobec innych zwierząt, a wręcz obojętny.
Trzymajmy się faktów. On nie obszczekuje bobrów, tylko drzewo przez nie ścinane.

W końcu nie mieli czasu do stracenia na jakieś zabawy ze zwierzętami.
- Sulim.. Co Ci jest? Zostaw je w spokoju i prowadź do Iknyrku. - szepnął Aspaw gładząc pupila po karku.
- Odepnij go, może w tym jest jakiś cel? - dziewczyna usiadła na pniu jakiegoś ściętego drzewa.
- Skoro są bobry to i jezioro! Może chciał nas zaprowadzić do jeziora? Albo cokolwiek.. Bystra psina! - zawołał.
"Pies szczeka na bobry. Bobry mieszkają w jeziorach. Pies chce nas zaprowadzić do jeziora."
Czego chcecie, to żelazna logika jest.

Pies szczeknął z entuzjazmem i odwracając się oraz przyskakując do nich zaprowadził rodzeństwo do tego samego miejsca gdzie były bobry, teraz już schowane były pod wodą w żeremiach były. Nagle usłyszeli jakiś szmer z prawej i łamanie gałązek, (Rój Trzaskających Gałązek to też przynajmniej jakaś odmiana od Trzaskającej Gałązki) zza zarośli wyskoczył czarnowłosy chłopak ubrany w moro kurtkę i spodnie trzymający naprężony łuk.
Nie wiem dlaczego,ale moja wyobraźnia uparcie pokazuje mi obraz człowiek usiłującego wyglądać groźnie z łukiem, a jednocześnie panicznie podtrzymującego spadające spodnie.
Spojler: to nie LARP tolkienowski, ani zwiadowczy. On jest myśliwym. 
Czujecie ten klimat? Laptopy, zegarki na rękę, policja, ale żeby wyżywić rodzinę, trzeba wziąć łuk w garść i zapolować na obiad samemu. 
Może on tak rekreacyjnie, z miejscowego Klubu Myśliwych Tradycyjnych?
A do klubu należy całą jego wioska, tak? Spojler: Mieszka wiosce myśliwych. Tak, nie przesłyszeliście się. W wiosce. W świecie kreowanym na XXI w.

Anitsa odskoczyła gwałtownie potykając się o psa i upadając. Po czym wstała otrzepując się z liści i ziemi.
Przykro mi, ale budowa tych zdań narzuca połączenie ich w jedno zdanie złożone z... *patrzy z niedowierzaniem* z 5 zdaniami składowymi. Ktoś tu zaszalał, jak widzę. Nie dziwię się rozpaczliwej próbie ich redukcji.

- Kim jesteście, skąd pochodzicie i w jakim celu się tu błąkacie? - zaczął nieznajomy - Ja jestem Asalidion.
Witaj w klubie ludzi o imionach nickach na "A"!

Mieszkam w tutejszej wiosce i błąkam się tu bez celu.
"Pewną cechą małyegoaczprzytulnegopokójczan jest to, że gdy zadają komuś pytania, najpierw sami na nie odpowiadają. Jest to oznaką dobrego wychowania, choć bywa również niezbyt rozsądne (patrz. powyższy przykład)."

- Ja nazywam się Aspaw, to moja siostra Anitsa. Pochodzimy z Fallpart, i to już drugi dzień naszej wędrówki do Iknyrku. - brat zajął głos.
"Zajmowanie głosu jest praktyką dość powszechną. Z informacji, które zebrałyśmy dotychczas, wynika, iż Głos stanowi nieodłączny element osobowości i tożsamości każdego małyaczprzytulnypokójczanina. Pełni on rolę swoistego alter ego mieszkańców tej zacnej krainy. Stąd popularne pojęcie "zajęcia głosu" czymś, np. mówieniem." 

- Co to za wioska? Jak się nazywa? - zainteresowała się dziewczyna.
- To Eriedge. Wioska myśliwych. Chcecie udać się do Iknyrku? Przecież to legenda, nie ma takiej części.
- Ależ jest! Jej stolica to Ikłetaiv. A  właściwie to gdzie jesteśmy? - pogładziła psa.
Widzisz, panie Prymitywny Myśliwy? Mają o tym miejscu konkretne dane. Więc ono po prostu musi istnieć.
I do tego jeszcze mają psa! A jak ktoś głaszcze psa, mówiąc, to nie kłamie, ot co!

- A to nie wiecie? Zaszliście sporo mil. To już Minigonyth!
- Dlaczego nam prędzej nie powiedziałeś? Musiałbym się jeszcze spytać o jedno, jak daleko jesteśmy od twojej mieściny?
- To dzień drogi stąd, ale ja znam skrót.
Skrót przez magiczny portal, który przypadkiem jest dwa kroki stąd, jasne.

Idziecie razem ze mną? Weźmiecie nieco prowiantu na drogę.. A tak w ogóle, mogę z Wami iść? Chciałbyś zobaczyć Iknyrk, skoro mówicie prawdę! - podskoczył Asalidion.
Już wiemy, co on robi w lesie z łukiem w XXI w. Jego wioska jest bardzo humanitarna i postępowa, więc Asalidion jest wysyłany na spotkania z psychologiem, po czym do lasu, żeby myślał, że pomaga społeczności w przeżyciu. Jednak mieszkańcy nie są w ciemię bici - wysyłają go z łukiem, nie strzelbą i każą polować dzień drogi od miasteczka.
Mnie najbardziej śmieszy to:
"- Idziecie razem ze mną? (...) mogę z Wami iść?"
Jak widać, wspomniane wcześniej zasady kulturalnej konwersacji z nieznajomymi, nadal obowiązują.

- Wiesz.. Trochę byś nam ciążył, jedzenia nie starczyłoby.. Nie mamy tyle koców, na prawdę chciałbym, ale nie mogę się zgodzić.. 
- Dlaczego? Wezmę swój plecak, dodatkowe koce, jadło i wodę. Mogę nawet swojego psa, jeżeli pozwolicie.
No jasne! Dwa psy zwiększają nasze zerowe szanse na odnalezienie MagiDŻnej Krainy dwukrotnie!
Dla niewtajemniczonych: 2 x 0 = 0
I zawsze tego jednego, który nie wie, gdzie leży Ikncośctam, można zjeść, kiedy zabraknie "jadła".

- Ach! Czemu nie, ja tam się zgadzam. Im więcej tym raźniej i weselej. Aspaw, nie bądź chytrus! Jeżeli chce, to niech idzie, ale teraz już chodź do ich wioski. Co to za skrót Asalidionie?
Ich wioski. Asalidion rozmnożył się w popularnym międzyczasie. Albo Anitsa mówi o nim i o jego Głosie, to też ma sens.

- Prowadzi przez jezioro.. Ale będziemy musieli je chyba obejść..
Czyli nie iść skrótem. Cudownie.

Nie ma łódek na tym brzegu, a woda jest głęboka.
A jakby była płytka, to byście sobie przepłynęli, tak? Wspaniale.

Tak czy siak, jest takie długie, że zajmie sporo czasu iście naokoło..
Iście oczywista uwaga, milordzie. 
Nigdy nie ustanie moje zadziwienie dla dziwaczności form czasowników wykreowanych przez pisaneczki. Błędnych form, dodajmy.

Ale jeżeli byście chcieli, możemy poszukać łódek i tym podobnych.
Pontonów, na przykład. Albo tratw, teraz to rozbitkowie je porzucają gdzie popadnie, hultaje jedni.

To że nic nie znalazłem nie znaczy, że ich nie ma. No właśnie.. Mógłbym zabrać tego mojego psa? Wabi się Rafiks, mam nadzieję że polubią się razem z...
Może najpierw dojdźcie do owej mieściny, a później negocjujcie warunki wędrówki.
.
- No tak, nie przedstawiliśmy jeszcze Sulima. Jest rasy Akita Inu, a wasz? - ciągnęła Anitsa.
- To Golden Retriever. Bardzo się przyjaźnimy, jest przyjazny i zabawny.
A ja podnoszę moją NIESzPUŁKĘ. Jest więc ona podniesiona, jakbyście się nie zorientowali.

Nie walczy o terytorium i nie gryzie obcych.
Czyli pluszak, nie pies.

- Myślę, że nie ma sensu szukać łódek, czy czegokolwiek. Wyruszajmy drogą okrężną - powiedział znużony Aspaw . - No szybciej!
I tak cały misterny plan wykorzystania skrótu legł w gruzach.

C


Rozdział 4
Nieznajomy przyjaźnie nastawiony.

- Jasne! - skomentowała ironicznie i ponuro Anitsa.
Ironicznie do tytułu, jak mniemam?

- Sulim, przedstaw się! - zawołała zwracając się do psa.
On zaś zawył długo i czysto oraz zaszczekał dwukrotnie i powąchał  Asalidiona.
Łał, moje psy najpierw gryzą, później wąchają. Ale to moje psy.

- Słuchaj.. Mogę do Ciebie mówić w skrócie? Bo A-sa-li-dion to trochę przydługo. - powiedziała z wyraźnym podzieleniem na sylaby słowa "w".
A wiesz, dobrze żeś zwrócił na to uwagę, narratorze, bo gotowa byłam to przeoczyć.

- Oczywiście, myślę, że moi znajomi, gdybym, spędzając całe dnie w lesie, miał takich, mawialiby As.. Albo na przykład Asali.
- Niech będzie Asali, ale już chodźcie - wtrącił się Aspaw rozsuwając gałęzie brzozy i wyglądając przez nie na rozległe jezioro. Było ono dosyć długie, lecz nie za bardzo szerokie, choć głębokie.
Bo głębokość można oszacować tak na oko, prawda.

W jego lodowatej toni można było spostrzec podwodne życie ryb i innych stworzeń..
Albowiem ryby mają jeszcze życie nadziemne i wewnętrzne, wie to każdy początkujący biolog.

Wszyscy po chwili szli już obok siebie na wprost, w stronę Eriedge.
"Obok siebie na wprost". Głowa mnie boli.

Tak minął im cały dzień, jednak nie zdeterminowali się
Tymczasem pisaneczka jest zdeterminowana, żeby używać słów, których znaczenia nie rozumie. Tu aż się pcha na język "nie zniechęcili się".

i brnęli naprzód aż do późna w nocy, kiedy to ujrzeli przed sobą już świecące latarnie i kamienne uliczki.
Wioska, ekhm, ekhm.

Całe miasteczko było tej nocy bardzo ruchliwe, wszyscy coś świętowali. Różnokolorowe fajerwerki na niebie tworzące kule, dzbany i dzwony.
A zauważyli je dopiero, gdy przekroczyli wrota lokacji.

Świecące się pełnym blaskiem i iskrzące porzucone równoważniki zdań. Nie raz, a minus czternaście razy to jakaś świetlista linia przecięła czerń na firmamencie, który dotąd rozjaśniał tylko księżyc. Kompania weszła przez srebrną bramę rozglądając się dookoła.
- Czy to aby na pewno Twoja wieś.. - zaniemówił Aspaw.
Zaniemówił oczywiście z wrażenie, które wywołała jego jakże elokwentna wypowiedź poprzedzająca owo zaniemówienie.

- Tak.. Piękna, co? Nie spodziewaliście się? Właściwie.. to miasto. Taki fejk, hehe. Ale zapewniam, że wywodzi się głównie z myślistwa. - rzekł radośnie Asali pokazując napis przy bramie Eriedge.
Czyżby napis głosił "Jesteśmy prostymi myśliwymi, kto zaprzeczy, temu strzała w oko"?

- Zobaczymy.. Gdzie możemy przenocować, zaopatrzyć się na dalszą drogę? - odparła Anitsa.
- Zaraz was zaprowadzę, w Gospodzie Pod Zielonym Gupikiem. - ciągnął Asalidion - To naprzeciwko - przyśpieszył chód podbiegając do kamiennego budynku, który został już nieco oplątany przed bluszcz.
I znów Logika mruczy mi do ucha, że bluszcz nie mógł wyrosnąć w kilkanaście sekund od ich przybycia.

Podszedł do drzwi, otworzył je i wpuścił rodzeństwo oraz psa przodem, sam zamykając pochód.
W środku było miło i przytulnie. Żółte odcienie i ciepłe barwy przypominały Anitsie o swoim dawnym życiu.
No patrzcie, dwudniowa piesza wycieczka w las i już "dawne życie".

Na suficie zwisały kolorowe lampy.
...a z sufitu zwisał smętnie powróz, na którym dyndała Gramatyka.

Na podłodze, oprócz krzeseł, taboretów, puf, szezlongów, zydli (ale nie Bujanych Foteli, trzymamy się wersji, że emigrują do Niwmywilłaeny) i stołów leżał pięknie zdobiony, choć nieco skurzony i wytarty, dywan. Pewne podejrzenia budziły dziwaczne palmy. Po lewej ciągnął się długi barek obok którego wznosiły się schody. Po kilkunastu stopniach był niby parter, który rozdzielał się na dwie strony schodami.
Parter rozdzielający się schodami. Nie wnikam.

Na tym piętrze były pokoje.
Cała trójka (wraz z psem)
Wybaczcie, ale tu się aż ciśnie na klawiaturę:


















pomaszerowała prosto do recepcjonistki (jeżeli tak to można ująć)
Już i tak dawno daliśmy sobie spokój z realiami czasowymi, za późno na korekty.

- Och! Jesteś Asalidionie! Tak się o Ciebie martwiliśmy... - zawołała patrząc zza lady. Była to szczupła blondynka o smukłej sylwetce w czerwonym fartuszku z etykietką Pod Zielonym Gupikiem.
Pomyśleć, że parę znaków interpunkcyjnych uczyniło by to zdanie klarownym.

- Nie trzeba było. Pewnie ciekawi Cię kim są Ci jegomoście za mną?
Przyznam szczerze, że jestem w tym momencie ewidentnie zszokowana. Bo to jest błONd, w którego istnienie nie wierzyłam, o którym krążyły tylko plotki, że niektórzy go popełniają. A jednak, zdarzają się osoby, które pisząc cały czas dużą literą zwroty do odbiorcy wypowiedzi, piszą tak również zwyczajne zaimki wskazujące "nich szczęzną Ci wredni analizatorzy", "zasługują tylko na śmierć Ci troglodyci", "parszywi Ci plugawcy plujący na moją wspaniałą twórczość".

To Anitsa, to jej brat Aspaw. Aspawie i Anitso, to jest moja siostra Alerilla. Niepodobna, prawda? Jest starsza o kilka lat.
To akurat o niczym nie świadczy.

No pewnie! Te same rysy twarzy! - wpadła w zamyślenie Anitsa. Ale włosy ma chyba przefarbowane..
...stwierdził nagle narrator. Ani chybi, wniosek ten odkrywczy wyciągnął z faktu, iż Anitsa wg opisu miała "ciemnobrązowe włosy", ale jej niezwykle błyskotliwe przemyślenia jednoznacznie kwalifikowały ją na blondynkę.

- Halo? Ziemia do generatora kropek!.. - zaczęła Alerilla.
- Do Anitsy. - Dokończyła jej i pośpiesznie zawołała Akitę Inu. - Sulim! Gdzie jesteś? Jeszcze Cię nie poznali...
- Przyszedł przed wami, jest strasznie słodki! - zapiszczała nowo poznana dziewczyna. - No chodź tu psinko! - pogładziła go energicznie po łebku, ten wydawał się być zniesmaczony całym zajściem.
Pies zniesmaczony energicznym głaskaniem? Czy ja się przesłyszałam?

- Ekhem.. To pies obronny! Nie jakaś tam kizia-mizia. - powiedział pochmurnie Aspaw łapiąc psa za skórzany pasek na szyi, który nazywamy obrożą
Nie mów! Serio? To już wiem dlaczego sprzedawczynie w zoologicznym tak dziwnie na mnie patrzyły, kiedy poprosiłam o skórzany pasek na szyję psa...

i wyciągając przez drzwiczki zza lady.
"W Małym-Acz-Przytulnym-Pokoju niezwykle rozwinięta jest, tak zwana, «szara strefa», zwłaszcza w zakresie handlu drzwiami i drzwiczkami. Aby uchronić się przed skarbówką, stosuje się prosty i tani chwyt. Zamiast mówić, że drzwi są «spod lady», używa się zwroty «zza lady»."
Genialne w swojej prostocie, czyż nie?

- Oj tam, oj tam! Przesadzasz chłopcze. Piesek to piesek. No spójrz tylko - podniosła sporych rozmiarów Golden Retrievera z poprzyczepianymi różowymi kokardkami do złotej sierści.
- R-r-r-afiks?! - wyjąkał Asali, ukazując zacinającego się androida wewnątrz głowy. - Co Ty z nim zrobiłaś? Nie podnoś go! Jest za ciężki! Weź, zaraz się zorientują i nici z żywej kolacji! Nie lubi takich zabaw. ALERILLA! - wrzasnął awanturniczo, przeskoczył przez blat i zaczął kłócić się z siostrą.
- Ekhem.. - wydukała wyraźnie znudzona Anitsa. -
Uważacie, że nie ma niczego niemożliwego? To spróbujcie znudzonym tonem wydukać onomatopeję "ekhem". 
Wskazówka dla początkujących: zanim napiszecie, że ktoś powiedział, odchrząknął, wykrzyczał, wyjęczał, etc. coś z radością, smutno, melancholijnie, ze stoickim spokojem, gniewnie etc., najpierw sami tak spróbujcie.

Czy możecie przestać się targać? Hę?
- Och.. Przepraszam Cię.. Ale, no widzisz sama. Masz! Trzymaj klucze, to pokój numer dziewięć. Zaraz przyjdę Wam wszystko objaśnić.. No już! Idźcie, muszę się z nią rozliczyć! - zawołał Asalidion siłując się z rozbawioną Alerillą.
Dlaczego mam przed oczami to:













No cóż, to żegnamy się na razie. Do opka pewnie nie wrócimy, więc musimy zaznaczyć, że - mimo braku poprawnej interpunkcji, składni, kulawej konstrukcji świata, itp. - jest to opko pisane i wymyślone od początku do końca przez pisaneczkę. W świetle ostatnich analiz wygląda to jeszcze lepiej, więc uczciwie chwalimy.

czwartek, 30 lipca 2015

Tu powinien być zabawny tytuł o Komandosach i WF-ie, czyli nieśmieszna parodia "Jak wytresować smoka" 2/3

I oto przed Wami kolejna część przypadków Rafała Wspaniałego. Już na samym wstępie musimy Was ostrzec. Jeśli sądziliście, że przygody naszego Gary'ego Stu staną się choć odrobinę bardziej sensowne, to jesteście w błędzie. Absurd na absurdzie absurd pogania, że tak powiem.












Do tego należy jeszcze dodać, że poziom zwalania z "Jeźdźców smoków" kolejnych elementów osiągnął level hard. Fakt, że serial nie należy do zbyt ambitnych, nie usprawiedliwia jednak pisŻyny i jego nonsensownych wypocin.
Jednak po przeczytaniu dzisiejszej części, doszłyśmy do wniosku, iż wolimy, żeby pisaŻyna ograniczył twórczość własną.

Rozdział V    (Wyścig Od Którego Zależy Honor Pohaterów)
Był piękny dzień, Rafał już mógł chodzić - wyzdrowiał.
Cóż za uwielbienie dla Rafała w tonie narratora! Dzień był piękny, bo Rafał Wspaniały mógł chodzić.

Chłopak poleciał z Phantomem na zebranie w Akademii, wszyscy jeźdźcy już tam byli.

-Rafał: Cześć wszystkim.

-Śledzik: Dobrze że już wyzdrowiałeś. - Rafał się uśmiechnął.
Jakaś część mnie spodziewała się czegoś takiego jak:
- Wszyscy: Rafał!!!

Śledzik wyciągnął najkrótszą słomkę i musiał w imieniu wszystkich udawać radość z przybycia Rafała.

-Czkawka: Dzisiaj robimy wyścig. Zaczynamy tu, na Arenie, lecimy dookoła wyspy i wracamy. - Wytłumaczył tym cymbałom na czym zwykle polegają wyścigi. Wszyscy się cieszyli, ponieważ reguły okazały się nadzwyczaj proste do zapamiętania. Na pobliskich łąkach pasły się skrzydlate jednorożce. Każdy był tam szczęśliwy, a nad tą cudowną krainą, gdzie warzywa są z czekolady, a mleko jest kakaem, roztaczała się tęcza.

Wystartowali, prowadzenie objął Czkawka, doganiała go Astrid i Rafał, na końcu lecieli Sączysmark, bliźniaki i Śledzik.
Lecieli łeb w łeb, gdyż, zgodnie z zasadą "mierz siły na zamiary", zażarcie walczyli o czwarte miejsce.

Rafał wleciał w chmury,
...i wrócił przeziębiony.

Astrid próbowała dogonić Czkawkę, a ją Sączysmark, bliźniaki nie byli zajęci wyścigiem tylko bójką, a Śledzikowi się nie spieszyło, a Natarela z irytacją fascynacją słuchała relacji z tego sensacyjnego wyścigu. Przed linią mety, prowadził nadal Czkawka, za nim leciała Astrid, nagle Rafał wyłonił się z chmur i zaleciał drogę Astrid, przez co był drugi,
Czy to się dzieje naprawdę? Rafał... nie wygrał? Podejrzane...















Sączysmark - 4. Śledzik wyprzedził bijących się bliźniaków, przez co był 5. a bliźniacy ostatni.
Można by pomyśleć, że PisŻyna myśli o wydaniu opowiadań na koszt własny i zamierza oszczędzić na papierze, pisząc liczebniki cyframi.
To wyjaśnia również lakoniczny styl pisania pisaŻyny.

W Akademii czekała na jeźdźców niemiła niespodzianka - brak zdania, choćby pojedynczego. Obecność równoważnika zdania wcale ich nie pocieszała:

-Astrid: Czkawka! Rafał oszukiwał. Łeee...

-Rafał: Hahaha, nie prawda, apsiik, że rzeczowniki z "nie" pisze się razem! Ja jestem nieomylny.

-Sączysmark: Po prostu jesteś zazdrosna, że jest lepszy. - Oberwał od Astrid w twarz, znieruchomiał na chwilę, zapomniawszy swojej roli, po czym upadł na ziemię.

-Sączysmark: Ej... ty zawsze musisz być taka brutalna? - wymamrotał.
-Astrid: Jaka brutalna? Ja się po prostu tak komunikuję. - powiedziała zadowolona.
Ta krótka wymiana dwóch zdań, proszę Państwa, jest słowo w słowo zerżnięta z serialu. 

-Astrid: Dobra, kontynuując, Rafał jakim cudem twój wielki smok był szybszy od Wichurki? Pewnie leciałeś na skróty.
Mam 14 lat, ale i tak będę się wykłócać o to, kto zajął drugie miejsce w jakimś nic nieznaczącym wyścigu. Dlaczego? Bo tak!

-Rafał: To że jest duży, nie znaczy że nie jest szybki. - Powiedział głaszcząc Phantoma. Astrid mu nie wierzyła.
To, że masz dużego smoka, nie daje ci prawa do ignorowania zasad interpunkcji.

Astrid mu nie wierzyła.
W to, że Phantom jest duży?

-Rafał: Ej... jeśli bym miał oszukiwać, to bym to zrobił tak, że byłbym pierwszy.
To dlaczego tego nie zrobił? Bał się urazić uczucia Czkawki?
Bał się zadrzeć z Nocną Furią. W końcu jeśli nagrodą był kosz ryb...














-Astrid: Tak? To w takim razie jutro rano dogrywka, tylko ty i ja. - Powiedziała ze złowieszczym uśmiechem.
A w jej spojrzeniu zalśniły iskry czystego ZUA...
Gdyby była to filmowa Astrid, nie musiałby się obawiać, że nie dożyją z Phantomem rana. Ale nie wiadomo, co tej serialowej strzeli do głowy.

-Czkawka: To w takim razie, będę leciał za wami i patrzył czy nie oszukujecie.
A za wami będą leciały Analizatorki i łapały gubione przez was przecinki, ekhe.

-Astrid i Rafał: Zgoda.

-Śledzik: Jak myślicie kto wygra? - Skierował pytanie do Sączysmarka i bliźniaków.
- Natarela: A jakie w tej chwili ma to znaczenie? Pytanie kieruję do pana z numerem dwa.

-Sączysmark: Abo* ja wiem. Pewnie Rafał.
*ABO - skrót od Absolutny Brak Ornitologów

Następnego dnia nasz leniwy narrator znów zamknął to, co miał do powiedzenia, w dwóch słowach.

Musisz dać z siebie wszystko. - Powiedział Rafał do Phantoma, po czym poszli do Akademii, jeźdźcy już na nich czekali.
Bo Rafał nie zniża się do przychodzenia punktualnie. I poprzedniego, i tego dnia wszyscy muszą na niego czekać. 

-Czkawka: Więc tak, teraz ścigacie się z portu i lecicie najkrótszą drogą na Smoczą Wyspę. Śledzik będzie tam czekał na mecie.

Wszyscy udali się do portu.

-Czkawka: Więc... Start!

Wystartowali, prowadzenie objęła Astrid, po kilku sekundach dogonił ją Rafał, lecieli równo. Astrid dała Wichurce kurczaka, po chwili przyspieszyła, leciały pierwsze,
Kurczak: +15 punktów ruchu.
              

Śmiejcie się, śmiejcie. W odcinku "Słodka Heathera" ewidentnie była taka sytuacja. Heathera ukradła Smoczą Księgę i Wichurkę. Czkawka na Szczerbatku ją doganiali, a ona rzuciła smoczycy Astrid kurczaka i przyśpieszyła. To jest odcinek serialu, o którym "producent Jak wytresować smoka, Tim Jonson powiedział, że w przeciwieństwie do innych serii bazujących na filmach, takich jak Madagascar oraz Kung Fu Panda, seria How To Train Your Dragon będzie mroczniejsza i głęboka fabularnie tak jak sam film." *chlip*
Co z tego, iż jest to również niezgodne z prawami fizyki i natury. Wiedzą to nawet autorzy filmów paradokumentalnych o smokach. 

Rafał i Phantom zdziwili się. To co? Pokażemy im kto tu jest lepszy? - Rafał zwrócił się do smoka, po czym zaczęli doganiać Astrid. Jak myślisz, kto wygra? - Czkawka zapytał Szczerbatka.
Szczerbatek, w ramach protestu przeciwko braniu udziału w tym opku, milczał. 

Astrid i Rafał byli bardzo blisko mety, ale nie dolecieli.

-Czkawka: Śledzik, i jak? Kto wygrał? No bo w sumie leciałem za wami, ale zagapiłam się na dogorywającą Interpunkcję i nie zwróciłem uwagi, kto wygrał.

-Śledzik: Był remis.

-Narrator: Jeźdźcy się zdziwili.
Ten moment, kiedy dociera do Ciebie, że kwestie narratora są krótsze od wypowiedzi bohaterów.

-Rafał: Ale Astrid oszukiwała... kurczakiem. - powiedział z żądzą mordu w oczach.

-Astrid: Haha, kurczakiem?

-Rafał: Czkawka, sam przecież widziałeś, jak kalano tu polszczyznę.
Kolejny małolat z honorem zogniskowanym w potrzebie wygrywania.

-Czkawka: Śledzik jak myślisz? To było oszustwo?

-Śledzik: Hmm... nie mam pojęcia...
Tak, nasi drodzy Czytelnicy, kończy się nieustalanie zasad przed wyścigiem. To sprawa elementarna, o której wiedzą zwłaszcza nawet przedszkolaki.

-Sączysmark: Ja tam uważam że Rafał jest lepszy od Astrid.
I tak Sączysmark stracił resztki szans na poderwanie Astrid.

-Czkawka: Powiedzmy że jesteście tak samo dobrzy. Rafał używa taktyki, a Astrid... kurczaka. Kto się z tym zgadza?
Zauważmy, że Rafał wygrałby, gdyby nie był takim sknerą, który własnemu smokowi kurczaków żałuje. 
Czkawka to tak podkreślił!
Swoją drogą, taktyka? Lecisz prosto, po najkrótszej drodze, ewentualnie przyśpieszając, kiedy sprytniejszy przeciwnik cię wyprzedza?
No co ty! A co z bardzo ambitnym sposobem na motywowanie smoka?

-Śledzik: W sumie to prawda.
Hipoteza Czkawki jest słuszna tylko w sumie? A w jesiotrze już nie?
Ponieważ jesiotry nie należą do smoczych przysmaków.

Jeźdźcy zgodzili się z decyzją Czkawki i wrócili na Berk.
I co ten rozdział wniósł do opowiadania? NIC.
Jak to nic? Przecież już wiemy, czym karmić smoki. 

Rozdział VI     (Sztorm)
Była "nocna", burzowa i deszczowa noc.
A dziś jest "dzienny", słoneczny i jasny dzień.
To skrót myślowy. Pod słowem "nocna" kryje się całe mnóstwo epitetów, takich jak: ciemna, wypełniona księżycowa poświatą, pełna cieni, trzeszcząca gałązkami nadeptywaniami przez skradających się typów spod ciemnej gwiazdy, rozbrzmiewająca wyciem wilków/ innych potworków/ złowieszczym śmiechem szwarckaraktera/ pohukiwaniem puchaczy/ pijackimi piosenkami/ obłąkańczym chichotem Bezsensu.

Na morzu szalał sztorm, a w wiosce błyskawice.
Szalejące błyskawice wierzgały na wszystkie strony i z dzikim kwikiem odbijały się od ścian domów, desperacko usiłując znaleźć wyjście z tego bezsensownego zdania.

Bliźniaki siedziały na dachu swojego domu i patrzały jak pioruny podpalają wioskę,
Zaczynam coraz bardziej lubić Bliźniaki. 
Analizatorki siedziały w loży szyderców i z zaciekawieniem patrzyły, jak bezrobotne przecinki emigrują z opka.

Sączysmark coś jadł, a schowany za zasłoną tajny agent żałośnie spoglądał na jego talerz.
A mógł jeść: kawior, homara na zimno, czekoladowe żabki, udko z Wrażliwca Mrokolubnego, swoje smarki, wątrobę Kucyka Pony, mój wczorajszy deser, przeterminowany dżem, kropki i duże litery z opka... Tyle możliwości.

Śledzik studiował Księgę Smoków w Twierdzy, Czkawka i Astrid... oni natomiast
Heh, ten wielokropek sugeruje, że robią coś nieprzyzwoitego... 

gasili pożary z pomocą ich smoków.
Jak tak można przed ślubem gasić pożary?! Zaraz... że co?
W wiosce nie zaobserwowano żadnych staruszek dbających o moralność całej osady - więc tak, można.

Rafał jak zwykle z Phantomem siedział na klifie i patrzał się w morzę jakże wzburzonę, w pogardzie mając sztorm, palącą się wioskę, błyskawice oraz całą resztę świata, rozmyślając o swej wspaniałości i smutnych losach opkowej składni.
Czyli w skrócie: Czkawka i Astrid gaszą pożary, reszta jeźdźców się obija, a mieszkańcy wioski włącznie ze Stoickiem i Pyskaczem oglądają mecz piłki kolczastej Łupieżcy vs Berserkowie w półfinale mistrzostw archipelagu? 

Nagle na horyzoncie zobaczył jak coś się zaczęło palić po uderzeniu piorunu, wyciągnął lunetę i przyjrzał się temu piorunowi, przypominało mu to statek.
Coś pali się na morzu. Co to może być?
Wyciekająca z tankowca ropa? A nie, to nie te czasy.

Szybko polecieli powiedzieć o tym Czkawce.
W czasie burzy. Nawet w "Eragonie" wiedzieli, że latanie podczas burzy/silnych wiatrów może skończyć się połamaniem kości.
W "Eragonie" bohaterowie mieli zdrowy rozsądek. A może Rafał myśli, że jeśli się zakamufluje na swoim Fioleonie Zimnogębnym, to go pioruny nie zauważą?

-Rafał: Czkawka! Na horyzoncie się coś pali prawdopodobnie to statek.
Prawdopodobnie. Bo w sumie to może być ropa w kształcie statku.
Albo grupa zabłąkanych ogników.

-Czkawka: Dobra, polecimy to sprawdzić. Astrid... weź Sączysmarka i gaście pożary.
Sączysmark coś je. Nie może gasić pożarów. Za to bliźniaki nic nie robią!

Astrid poleciała po Sączysmarka, a Czkawka i Rafał szukali płonącego statku.
Deszcz ugasił pożar i nie wiedzieli gdzie lecieć. Na horyzoncie znowu uderzył piorun tym razem w Phantoma, oświetlając morze,
Jeden piorun. Całe morze.

jeźdźcy zobaczyli jakiś niezidentyfikowany obiekt latający.
Uwaga! Konkurs! Co za obiekt zobaczyli jeźdźcy i dlaczego był to DeLorean DMC-12? Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres Emmetta Lathropa Browna. Rozstrzygnięcie konkursu w Hill Valley 12 listopada 1955 roku przed wieżą zegarową.

Szybko polecieli w jego kierunku. Szczerbatek leciał tak szybko jak tylko mógł, Phantom nie miał problemu z leceniem z tą prędkością co Szczerbek.
Szczerbatek, Szczerbek, Szczerbiec, wszystko jedno. 

-Czkawka: Wow*, nie wiedziałem że Phantom jest taki szybki...- wrzasnął na całe gardło w nadziei, że głoś jakoś doleci do Rafała.
WOW - Wredny Oszuście Wyścigowy

-Rafał: Tak szczerze... to ja też tego nie wiedziałem. - Powiedział zadowolony z tego że jego smok przewyższa Nocną Furię w szybkości.
Nie przewyższa. Leci z tą samą prędkością, a to różnica. Jak widać, Szczerbatek ma gorszy dzień, przecież przegrałeś z nim wyścig, pamiętasz? To jest coś, czego Nocnej Furii nie zdołasz odebrać.

















Rafał z Phantomem byli już przy statku, a właściwie przy tym co z niego zostało, po chwili dolecieli do nich Czkawka ze Szczerbatkiem. Wylądował tylko Czkawka, Phantom by się już nie zmieścił.
Widać, Czkawka musiał sporo przybrać na wadze, odkąd ostatnio go widzieliśmy.
Pewnie nocami podjada "e" z przyimków.

Czkawka na wpół spalonej łodzi znalazł Johanna Kupczego - który leżał nieprzytomny, wziął go na Szczerbatka i polecieli na Berk, Rafał obejrzał się za siebie, resztki łodzi zatopiła fala.
Sposób opisywania akcji w tym opku coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że dla pisaŻyny duża litera oznacza początek jakiegoś wydarzenia, a kropka - definitywny jego koniec. Dlatego tak rzadko je spotykamy w tym teGście.

Na Berk już burza się uspokoiła, z niektórych domów nadal się dymiło po pożarach. Czkawka i Rafał wylądowali, wokół nich zgromadzili się mieszkańcy, rozległy się głosy: To Johann Kupczy. Przyszli Stoick i Pyskacz.
Narratorowi znudziło się relacjonowanie wydarzeń, więc zaczął się wysługiwać tajemnymi głosami.

-Stoick: Co się stało?
- Natarela: Rozpętała się burza i wywołała kilka groźnych pożarów. Jaki wynik meczu?

-Czkawka: Rafał zobaczył na morzu pożar, więc polecieliśmy to sprawdzić, paliła się łódź Johanna.
Ej, zaraz, chwila moment. Skąd oni wiedzą, że to była jego łódź? A gdyby ktoś znalazł nieprzytomnego pisŻynę w mojej piwnicy, to tak z automatu stałaby się jego piwnicą? *Natarela jest zbulwersowana"
Może była podpisana. Przy takiej ilości zdarzeń i opisów mogło to umknąć pisaŻynie.
Opisów, ekhem.

-Rafał: I, mimo że opierała się dzielnie wszystkim innym zatopiła ją jedna fala... Normalnie była taka jedna ogromna, chyba zmutowana jakaś!

-Czkawka: No... zaraz, co? Łódź Johana jest na dnie morza?
Jakiego Johana? Czyżby pożar strawił również "n" z imienia Johanna Kupczego?
Klątwa Księżyca W Zaćmieniu nadal zbiera krwawe żniwo. 

-Rafał: Tak... - Powiedział niepewnie.
Niepewnie, gdyż w sumie to całkiem mało prawdopodobne, żeby mocno uszkodzona łódź zatonęła podczas sztormu.  

-Czkawka: Ooj... Johann nie będzie zadowolony.
Czy tylko dla mnie brzmi to trochę sztucznie?

-Stoick: Rozumiem, zanieście go do mojego domu.

Rafał z Czkawką zanieśli Johana i położyli w łóżku, po czym sami poszli spać.
Tak minął dzieeeń, wieczór i poraanek.
Więęęc poszli spaaać.


Następnego dnia narratorowi znów zabrakło weny do sklecenia choćby małego zdania.

Czkawka i Stoick jedli śniadanie, nagle przebudził się Johann.

-Johann: Co się stało? Gdzie ja jestem? - Zapytał trzymając się za bolącą głowę.
- Wiem, co czujesz - powiedziała Natarela. - Mnie też głowa boli na widok tego zapisu dialogów. 

-Stoick: Witamy na Berk. Mój syn z Rafałem cię uratowali... niestety twoja łódź nie miała tyle szczęścia.
Nie miała szczęścia być uratowaną przez Rafała!

-Johann: Rafałem? - Powiedział do siebie, już gdzieś słyszał to imię.
Może w Polsce? Albo we Włoszech? Albo od cioci Wikipedii? Ona zna prawie 50 sławnych gości o takim imieniu.

-Johann: ...Dziękuję wam bardzo za pomoc i gościnę. Yyy... mówiliście coś na temat mojej łodzi?
-Czkawka: Tak... jest na dnie morza.
-Johann: Co!? Miałem tam cenne rzeczy... - Powiedział załamany.
Było słuchać metrologów?! Było?! Wtedy pisaŻyna nie musiałby stawiać tylu Wielokropków Melancholijnej Rozpaczy.

Nagle wparował Rafał, a Phantom wsadził za nim głowę w drzwi.
Ani "me", ani "be" tylko włazi, nawet bez pukania. Poziom kulturalny spada wśród Wandali.
Ja tylko powiem, że wsadzanie głowy w otwarte drzwi jest jak wyważanie otwartych drzwi... w sensie dosłownym.

-Johann: Na Thora! Co to za demon? - Powiedział przestraszony na widok smoka. Rafał myślał że Johann mówi o nim, przez co trochę się wkurzył,
Przecież Rafał też jest człowiekiem i też może mieć kompleksy, co nie?

nie wiedział że za nim chciał wejść Phantom.
Nie wiedział, wszak ogromny smok wciskający głowę w drzwi zupełnie nie zwraca niczyjej uwagi.

-Czkawka: Acha... zapomnieliśmy ci powiedzieć że mamy pokuj ze smokami i je tresujemy. - Zwrócił się do Johanna.
Subtelnych różnic między "pokojem", a "pokujem" ciąg dalszy.

-Johann: Tresujecie smoki? Niesamowite.
- Natarela: Więc jednak w tym teGście występują kropki i duże litery? Niesamowite. 
Zaraz, zaraz. Przecież byli w domu Stoicka, prawda? A tam, zdaje się, mieszka jakaś Nocna Furia. I mimo to pierwszym smokiem, jakiego widzi Kupczy, jest Phantom. Czy stałeś się nagle niewidzialny, Szczerbatku? 














Tak, tak, powiedzcie Johannowi. Przecież on tylko roztrąbi to na cały archipelag. 

-Czkawka: Rafał... chciałeś chyba coś powiedzieć...
A skąd ty wiesz, że chciał coś powiedzieć? A może chciał pożyczyć cukier?
Teoretycznie, nawet idąc pożyczyć cukier, musiałby coś powiedzieć. Mam jednak wątpliwości, czy Rafał nie zacząłby po prostu szperać sąsiadom po szafkach.

-Rafał: A... tak. Na łodzi Johanna był jakiś materiał - łatwopalny, to on się wtedy zapalił, a właściwie wybuchł, możliwe że od tego wybuchu Johann stracił przytomność.
Być może się nie znam, ale jestem przekonana, że jeśli coś wybuchło, to już palić się nie może. 
Lepiej. Materiał łatwopalny to nie to samo co materiał wybuchowy, więc wybuchnąć nie mógł. Poza tym, na podstawie czego nasz Gary Rafał Stu doszedł do omawianego wniosku? Eksplozji nie widzieli, łódź z zawartością zatonęła, a Johann był nieprzytomny. Ktoś ma pomysł?
Szpiedzy! Spiski! A radziłam, żeby nic temu domokrążcy nie mówić! Hamerykański wywiad chce zniszczyć wszystkich agentów wroga!

Ale wracając - ten materiał przypominał mi bełty do kuszy i palił się cały czas mimo że padał deszcz.
Ciocia Wikipedia: "Materiał - słowo wieloznaczne. W najbardziej ogólnym sensie jest to surowiec w postaci pierwotnej lub częściowo przetworzony, z którego wytwarza się różne produkty. W języku potocznym nazwą tą określa się tkaniny." Czy bełty są surowcem? Nie. Czy bełty są tkaniną? Nie. Czy pisaŻyna ma pojęcie o czym mówi?

-Johann: To ty jesteś Rafał? Dużo o tobie słyszałem, wszyscy na całym archipelagu oprócz Berk o tobie mówią... Mówią że jesteś ostatnim Komandosem, z waszego plemienia, a właściwie oddziału - Legii Cudzoziemskiej. A te bełty dostałem by dać tobie.

Rafał słysząc nazwę jego rodzinnego oddziału, zamyślił się, Astrid akurat chciała wejść, ale słysząc co Johann mówi o Rafale, otworzyła delikatnie drzwi i słuchała dalej, w oczach Rafała zobaczyła zamyślony strach.
Z powyższego fragmentu wynika, że:
a) Phantom w końcu wcisnął się do środka albo też postanowił porzucić pracę w tym opku na rzecz fuchy w roli ojca Tabalugi, w każdym razie już nie wciska się w drzwi
b) Rafał stał do Astrid przodem (widzi jego oczy) i nie zauważył jej przez delikatnie otwarte drzwi.
Może ukryła się za niewidzialnym Phantomem? 

Muszę odkryć jego tajemnicę - pomyślała.
Astrid, to dość proste. Phantom znika, ponieważ jest znikającym smokiem. Myślałyśmy, że to wiesz.

-Rafał: A co ja takiego zrobiłem że mnie wszyscy znają?
Zdecydowanie nie wszyscy. Na przykład twoi sąsiedzi. Rzekomi przyjaciele... Za to zna cię zwariowany kupiec, który zapewne jest szpiegiem.

-Johann: Mówi się że zabiłeś Dagura i pokonałeś jego armade.
Sam jeden! Tu nadawałby się tekst o tym, jak plotki potrafią przeinaczyć prawdę, gdyby nie to, że przy obecnym natężeniu współczynnika Mary Sue w powietrzu powyższe stwierdzenie jest prawdą...

-Rafał: A tak... racja, faktycznie ostatnio coś mi się takiego przydarzyło, nie ma o czym mówić. No ale armade Berserków to pokonał Phantom. I wracając, od kogo te bełty były?

-Johann: Od Łupieżców. Usłyszałem też rozmowę Albrechta z Bestialem, mówili że te bełty przyciągają pioruny podczas burzy tak jak metal, więc może są metalowe?
Materiał. Z metalu. Mamy rozumieć, że te bełty były robione z kolczugi? 
Musiały nie być zbyt praktyczne.

i że zapewne będziesz je nosił, więc gdy uderzy piorun w bełt to wybuchnie i w ten sposób się ciebie pozbędą. Mówili też że mają zamiar zaatakować Berk.
Oczywiście ja cię lubię, ale skojarzyłem fakty dopiero teraz, wcale nie wiozłem ci tych bełtów, żeby się ciebie pozbyć...
Pecunia non olet.
*Kiwa z pobłażaniem głową, otwiera książkę adresową "342 najlepszych skrytobójców na archipelagu", kiwa z uznaniem głową i zapisuje kilka adresów wraz z numerami kont bankowych. Kartkę wsadza w kopertę i wysyła na "Wyspa Łupieżców, Wielka Chata Śtrasznego Wodza".*


-Stoick: No to szykuje się nam kolejna wojna...
Zawsze mnie intryguje pod tym względem Blogaskolandia. Co to, nikt tam o dyplomacji nigdy nie słyszał, że wojny wybuchają z dnia na dzień?

-Czkawka: Ale skoro pokonaliśmy bez większych problemów Berserków, to Łupieżców tym bardziej.
Korekta: Nie wy pokonaliście, tylko Rafał z Phantomem
A co do podejścia do wrogów... *Natarela przegląda szafkę Czkawki w poszukiwaniu farby do włosów i innych akcesoriów ukrywającej się blondynki.*

-Stoick: No nie wiem... Albrecht już szykował pułapkę na Rafała. Nie wiadomo czy tak wprost nas zaatakują jak Berserkowie.
Bo z takim atakiem kilkuset statków to sobie poradzimy, ale gdyby, nie daj Thorze, zaczęli knuć intrygi i związywać spiski, to... Mogę zapomnieć, że w ogóle istnieją i chcą nas pokonać!

-Czkawka: Więc będzie trzeba znów patrolować Berk... i może obserwować Łupieżców.
Zaraz, zaraz. Co robią Łupieżcy na Berk?!

-Stoick: Nie, żadnych patroli i obserwowania. Jutro ogłosisz w Akademii zakaz lotów.

-Czkawka: Co? Ale tato... - Nie dokończył bo przerwał mu Stoick: Żadnych ale. Ostatnio nie obserwowaliśmy Berserków i wygraliśmy.
A tu widzimy zżynkę odcinka "Żyj i pozwól latać". Z podobnego powodu. Opinię zostawiamy Wam.

Weszła Astrid.
-Astrid: Wodzu, o co chodzi z tą Legią Cudzoziemską? I mi się wydaje że Rafał coś ukrywa.
A MNIE się wydaje, że źle podchodzisz do dekonspiracji domniemanego wrogiego agenta.

-Stoick: Coś słyszałem o tym, ale nie mogę sobie przypomnieć... -
Może Stoick był w Klatchińskiej Legii Cudzoziemskiej? To by wiele wyjaśniało.

Nie dokończył bo przerwała mu Astrid.
Kolejna niewychowana.
Powinna brać przykład z przecinków! One nie wcinają się narratorowi w zdanie, nawet jak powinny!

-Astrid: Rafał, gadaj prawdę, mów o co chodzi z tą Legią Cudzoziemską i z tym że mówią na ciebie ostatni Komandos!
Bo reszta umarła z przedawkowania przecinków?

-Rafał: Ech... dobrze, o zachodzie słońca w Twierdzy albowiem muszę przygotować wzruszającą historię mego smutnego żywota. - Powiedział po czym wyszedł.
Doskonała zagrywka! O zachodzie słońca to on już będzie w samolocie na smoku do Niu Jork.

-Stoick: Czkawka, przekaż pozostałym jeźdźcą *tu klasyczny facepalm Natareli* żeby o zachodzie byli w Twierdzy.

-Johann: Drogi Stoicku, czy masz może jakąś łódź na zbyciu, ja już bym płyną, może coś uda mi się wyłowić z mojej starej łodzi.
Może drewno?
Albo te bełty dla Rafała. W podzięce za uratowanie.

-Agent Stocik: Coś się znajdzie na każdego z tych głupców. Buahahaha! *w tle grzmoty*

Wszyscy się rozeszli, Kupczy dostał łódź, po czym odpłyną razem, ale dopiero jak Kupczy upewni się, że Rafał jest martwy.

Nastąpił koniec świata zachód słońca... wszyscy zebrali się w twierdzy.

Rozdział VII    (Geneza Mej Doskonałej Osobowości i Niebanalnej Tożsamości)
-Rafał: 300 lat temu, byli chorzy na katar dwaj bracia - bliźniaki. Jeden był bardzo dobrze wyszkolony od urodzenia,
No tak, bo przecież każdy szanujący się genetyk powie ci, że za "bycie bardzo dobrze wyszkolonym" odpowiada gen znajdujący na chromosomie bodajże szóstej pary. Problem w tym, że nie.

a drugi dobrze wychowany, drugi brat się jego trochę bał - dlatego wygnał go z wyspy i na tej wyspie założył wioskę Berk.
To znaczy, że Czkawka i Stoick Ważki są potomkami słabego, "złego" brata, który "trochę" bał się tego drugiego i go wygnał. Jasne.















Po za tym, zastanawia mnie, jak się zakłada taką wioskę? Dostaje się na start 10 osadników?
Romulus i Remus zaczynali od wyznaczania murów miasta. Ponieważ mamy do czynienia z wioską, podejrzewam, iż zaczęto od wbicia symbolicznego pala pod bramę. A potem działo się samo z siebie.
Ten słabszy brat ogłosił się na fejsie, zaczęli ludzie szerować i tak jakoś poszło...


Natomiast wygnany brat znalazł "przeklętą" wyspę - której praktycznie nie było widać (podobnie jak smocze leże) i wbił patyk w ziemię, ogłaszając, że założył Legie Cudzoziemską,
W tym zdaniu jest tyle absurdów, że nie wiem od czego zacząć. *Natarela wzdycha* Dobra, lecimy po kolei.
"Przeklęta" wyspa to taka wyspa, która w rzeczywistości nie jest przeklęta, ale o tym wie tylko Pohater NajmONdrzejszy i NajinteligĘtniejszy.
Ja tam nie wiem, co to jest to Smocze Leże Zalatujące Złą Deklinacją, ale na pewno nie TYM Smoczym Leżem z filmu, bo ono było teoretycznie i praktycznie widoczne - tylko ciężko było je znaleźć.
Założył Legie Cudzoziemską? A nie Legię Cudzoziemskie przypadkiem?

byli to wygnani wojownicy z całego archipelagu - którzy żałowali swoich błędów gramatycznych i chcieli wrócić do swoich domów. Ci wojownicy byli szkoleni w walce z interpunkcją, byli oddziałem szybkiego reagowania na wszelkie oznaki logiki - czyli gdy na przykład smoki zaatakowały rodzinną wyspę któregoś z wojowników, wszyscy na nią płynęli by pomóc rodakom jednego z ich hełmów.
Cóż za szlachetność. I pewnie mieli magiczne kule, żeby wiedzieć kto i kiedy będzie w potrzebie, żeby być na miejscu przed czasem.
Zwłaszcza, że jak ostatnio patrzyłam, to wszyscy wikingowie pływali drakkarami, które osiągały prędkość jedynie 10 węzłów (20 km/h). Normalnie oddział BARDZO szybkiego reagowania.
Odpowiednia sieć szpiegów i wszystko da się zrobić. 

Legia Cudzoziemska przez to zyskała szacunek na całym archipelagu,
"Wygnalim ich, ale to porządne chłopy so. Ale nie lubim ich."- tłumaczyli mieszkańcy wysp. 

ale z czasem stawała się coraz mniej znana - wikingowie z tego plemienia byli coraz lepiej szkoleni, coraz więcej funduszy przeznaczano na szkolenia dla nich, przez co byli jak duchy - nikt w nich nie wierzył ich nie widział, ich mottem było: "Cicho i skutecznie".
Czyli tak: jakaś wyspa jest atakowana, Legia niezauważona podpływa do brzegów i skutecznie zabija smoki, wciąż pozostając niezauważoną. A mieszkańcy myślą, że pomogły im krasnoludki.
Albo że niebiosa spadły smokom na głowy. 

Wracając do naszych czasów, Legia składała się z zapijaczonych obwiesi, więc nic dziwnego, że do Legii był przyjęty także Albrecht z Bestialem i Drago. Oni są wyszkolenia jak Komandosi, oczywiście niektórzy z Legii tresowali też smoki,
Z jakiego powodu te dwa zdania niemające ze sobą NIC wspólnego, nie są nawet oddzielone kropką, a co dopiero akapitem? - ot, zagwozdka.

był to nowy gatunek, który mieszkał na tej wyspie,
Kolejna informacja o Komandosach - są niezwykle leniwi i mało kreatywni. Mimo że mieszkali na jednej wyspie z Fioleonami Zimnogębnymi, nie chciało im się nadać im nazwy - od paru wieków nazywają je nowym gatunkiem.

Phantom jest ostatnim przedstawicielem tego gatunku. Pewnego dnia zaatakowały Legię smoki, te co ostatnio zaatakowały Berk (smoki z rozdziału I i II, przypomniał narrator uważający czytelników za baranów)
I właśnie w tym momencie mój Musk zaczyna histerycznie płakać.
Osada super wyszkolonych, zapewne zmutowanych wojowników zniszczona przez pięć smoków. 

Pięć Zaćmionych Pięciotchórzy, przypomnijmy. Tak. Tych, których Rafał zabił w pojedynkę.

Albrecht z Bestialem nas wtedy zdradzili, przez co Legia przestała istnieć,














Ja rozumiem, że Legia mogła przestać istnieć, bo zaatakowały ich Pięciotchórze. Ale z powodu zdrady zaledwie dwóch gości, z których jeden był wazeliniarzem? I co należy tu rozumieć przez zdradę? 
Obrazili matki swoich towarzyszy broni? A może tylko polecieli na urlop bez zezwolenia dowództwa? 

tych co ocalali zabrał Drago i służą teraz w jego armii, nie mam pojęcia jak ich namówił do tego...
A to nie było tak, że armia Drago składała się tylko ze smoków?
A ty myślisz, że łatwo jest znaleźć pokarm dla smoczej armii? 

Dlatego mówią na mnie ostatni Komandos, pozostali zdradzili Legie, ale to nie prawda, lecz bujda na resorach... jest jeszcze ktoś... Astrid, twoje rodzinne plemie to Legia,
Nie wiem co to "plemie", ale brzmi groźnie.

twój wuj Finn mieszkał tylko na Berk,
Ach, to zdziwienie w ustach przedstawiciela pokolenia XXI wieku... Kiedyś to się mieszkał tylko w jednym miejscu, a teraz?
Czy możemy to uznać za obrazę rodziny i przejść do ogólnej bójki w stylu krasnoludzkim? Naprawdę, zaczynam doceniać opisy walki. Są krótsze. 

to dzięki niemu przeżyliśmy i mieszkamy tutaj, twoji i moji rodzice zginęli podczas ataku tych smoków,
Przykro mi pisaŻyno, ale nie jesteś narodowym wieszczem, żeby uszło ci na sucho takie twoJi. "Lilije" Adama Mickiewicza to co innego, on miał prawo. Ty, szary obywatelu, masz się trzymać współczesnej ortografii.
Na Berk pojawia się dwójka małych dzieci. Przez dziesięć lat nikogo nie interesuje skąd się wzięły. 

nie wiem dlaczego Finn ci o tym nie opowiadał,
Ja wiem, ja wiem! Bo ta historia nie ma sensu! Czy dostanę lizaka?

ja te smoki widziałem trzy razy, zawsze działają w grupach które liczą 5 tych smoków. Jakby kogoś to ciekawiło *Natarela przewraca oczami i wzdycha* to pierwszy raz widziałem je gdy zniszczyły Legie, miałem wtedy 4 lata,
Przypomnijmy, że było to wtedy, kiedy Rafał, jako jedyny, nie zdradził. Widzę trzy opcje:
a) Nikt go nie chciał w grupie.
b) Nie zrozumiał pytania.
c) Akurat był obrażony na Drago, ponieważ ten zabrał mu tydzień wcześniej zabawkę (została później użyta jako miniaturka na mapie działań wojennych).


drugi raz to jak już mieszkałem na Berk i ukrywałem wtedy Phantoma bo wy jeszcze walczyliście ze smokami, to było 4 lata temu - poleciałem na wyspę Legii, one sobie na tej wyspie zrobiły gniazdo,
Bo wiecie, taka "przeklęta" wyspa jako gniazdo daje +250 do straszności i imidżu krwiożerczej bestii.

zaatakowały mnie i Phantoma znowu w 5-cio osobowej grupie, ale ich zgubiliśmy, możliwe że nadal leciały za nami i zobaczyły Berk... by po 4 latach przy zaćmieniu zaatakować.
Zaćmione Pięciotchórze mają niezły zmysł dramatyczny.
I znów winnym całej tej niebezpiecznej sytuacji jest, nie kto inny, jak Rafał.
Zwróćmy również uwagę na ten niezwykle nowatorski zapis słowa "pięcioosobowy".

-Astrid: Ja też byłam w Legii?
No ba, przez 4 lata!

-Rafał: Tak, przecież ciebie w walce nikt nie szkolił, a twój wujek Finn przewraca się teraz w grobie, masz to od urodzenia jak wszyscy Komandosi.
To? Tatuaż? Ślady po mutacjach? Skłonność do ignorowania składni i interpunkcji?
Epickość. Tu na pewno chodzi o epickość.

-Stoick: Czyli chcesz powiedzieć że Albrecht i Drago byli Komandosami!?

-Rafał: Tak, słyszałem że Albrecht żałował swoich czynów, dlatego go przyjęli, a Drago nie miał domu, więc... - Nie dokończył bo przerwał mu Stoick.
I pewnie był rozkosznym, zagubionym dzieciątkiem, z nienawiścią ukrytą głęboko w sercu? I DLATEGO go przyjęli? 
A co? Mieli go zostawić, takiego zagubionego, samotnego, bez dachu nad głową...?

-Stoick: Nie dobrze, a fantastycznie Albrecht z Bestialem pewnie szkolą Łupieżców z taktyk które sami znają.

-Czkawka: Tato... kim jest ten Drago, czy jak mu tam?
- Natarela: Dowiesz się w drugiej części, buahahaha.

-Stoick: Nie ważne, a kluczowe.

-Czkawka: Ale tato... - Nie dokończył bo mu przerwano.

-Stoick: Żadnych ale!
Coś się ten Stoick bardzo apodyktyczny zrobił.
On po prostu zna zasadę: "im mniej wiesz, tym krócej będziesz siedział".

Czkawka, oddasz Akademię w ręce Astrid i Rafała - będą was uczyć nowych sztuczek, najpierw was, a potem pozostałych wikingów.
*Natarela wznosi oczy ku niebu*

-Sączysmark: Super! Nareszcie te lekcje nie będą takie nudne.
Bo jak wiemy, latanie na smokach jest niewiarygodnie nużące.
Wszystko może się znudzić.

-Rafał: Hahah... mylisz się, nie ma nic gorszego od selekcji (rekrutacji). Jak myślisz, ile czasu zajmuje wypełnienie takich 46 ankiet? A to dopiero początek umierania z nudów! 

-Śledzik: Oj nie dobrze, bardzo bardzo nie dobrze.
Niedobrze. Bardzo, bardzo niedobrze piszesz "nie" z przysłówkami.

-Astrid: Co ty, nie będzie tak źle.

Wszyscy poszli spać.
I właśnie dlatego Rafał musiał opowiedzieć swoją epicką opowieść o zmierzchu. Żeby pisaŻyna mógł zakończyć rozdział takim banalnym stwierdzeniem.

Rozdział VIII     (Szkolenie)
Był wyjątkowo piękny dzień, akurat doskonały na szkolenie. Jeźdźcy zebrali się w Akademii.
-Rafał: No to zaczniemy może od rozgrzewki.
-Astrid: A konkretniej?
Rafał po długim rozmyślaniu zdecydował:
Długim, gdyż szare komórki Rafała nie były przygotowane na tak podchwytliwe pytanie.

-Rafał: Konkretniej od biegu z... owcą, na plecach.



















Bieg na plecach?!
Rafała chyba swędzą plecy i nie może dosięgnąć. 

Zaczynamy na arenie, biegniemy przez las, po czym wespniemy się na najwyższą górę na wyspie. Potem wracamy tą samą drogą. Następnie poszukamy winnego poplątania czasów w mojej wypowiedzi!

Wszyscy się zdziwili i załamali.
Typowa reakcja po oświadczeniu nauczyciela WF-u "co robimy dzisiaj".
"A mogłam zgłosić brak..."

-Rafał: No to zaczynamy!

Wszyscy pobiegli, Rafał i Astrid obserwowali motyle czy nikt nie oszukuje.

Pierwszy biegł Sączysmark, za nim bliźniaki i Czkawka, a Śledzik padł trupem zaraz po wbiegnięciu w las.
Gdyby pisaŻyna zaprzestał używania takich potocznych określeń, byłabym szczęśliwsza. Czy ja dużo wymagam?

-Astrid: Co? Już się poddajesz? - Spytała Śledzika.
-Śledzik: Nie dam rady. - Wysapał zmęczony
-Astrid: Wstawaj! musisz biegnąć dalej!
Śledzik próbował wstać, a Astrid pobiegła dalej. Sączysmark był już przy górze, opierał się ręką o skałę, po czym upadł na ziemię ze zmęczenia, dobiegał do niego Rafał, ale potkną się o wystający korzeń i udławił się literką "ł" z końca poprzedniego czasownika upadł na twarz - nie miał już siły wstać.
Rafał nie miał już sił. Widać, ma kondycję przeciętnego wuefisty.

Po kilku minutach doszli bliźniaki, Czkawka i Astrid. Gdy odpoczęli, przyczołgał się Śledzik.
-Rafał: Dobra, to teraz trzeba wejść na górę. - Powiedział wstając.
Tym razem pierwszy był Czkawka, ale po chwili dogonił go Sączysmark, za nimi byli bliźniaki, Rafał i Astrid. Śledzik próbował wejść, ale nie dawał rady. Na szczycie pierwszy był Rafał, za nim byli Sączysmark i Czkawka, a na końcu były bliźniaki i Astrid.
Pogubiłam się. Kto był pierwszy i gdzie? 

-Rafał: A gdzie Śledzik?
-Astrid: Na dole.
-Czkawka: No... to teraz trzeba jeszcze zejść.
-Astrid: Ta rozgrzewka jest jak ćwiczenia zaawansowane.
-Sączysmark: Co!? To ja wole nie wiedzieć jakie będą ćwiczenia zaawansowane.
No... takie jak to, co teraz robisz, przecież koleżanka powiedziała.
Uważaj, Sączysmark, bo za pyskowanie do nauczyciela dostaje się kolejne biegi.

-Rafał: Dobra... jutro ty wymyślasz. - Zwrócił się do Astrid.
To było takie męczące, uff.

-Śledzik: To ja może wrócę na arenę. - Krzyczał z dołu.
-Rafał: Dobra... tylko jak dotrzesz to przyprowadź tu nasze smoki.
Śledzik, czyli jak uniknąć ćwiczeń na WF-ie.

-Astrid: To mamy schodzić na dół, czy czekać na smoki.

-Rafał: Zejdziemy i na dole poczekamy na smoki.
To się nazywa mistrz kompromisu!

-Czkawka: Tylko jak my stąd zejdziemy?

Rafał pomyślał że mógłby sobie zrobić coś w stylu spadochronu, a Czkawka coś w stylu skrzydeł (chodzi o ten kostium co ma w JWS2).
*Avia wstała, zamknęła komputer i poszła wyżalić się kotu.*
*Natarela zerwała się z krzesła i nie zamykając laptopa, pobiegła wypłakać się swoim psom*

-Rafał: Tam jest jakaś ścieżka, chodźcie.
Stworzona siłą potrzeby Rafała, oczywiście.

Poszli ścieżką na klif.
A to oni nie mieli zejść? *Natarela gubi się w niuansach akcji*

-Sączysmark: Stąd nie ma zejścia.
*W tle rozbrzmiewa złowieszczy śmiech Agenta Stocika.*
Tak się kończy, skarbie, chodzenie ścieżkami pojawiającymi się na zawołanie GłUwnego Pohatera.

-Rafał: Zeskoczymy z klifu do morza, wysoko nie jest. Tylko poczekamy na Śledzika. Żeby nie musiał się tłumaczyć, dlaczego jako jedyny powrócił żywy z tego treningu. 

Przyleciał Śledzik na Szczerbatku bo sam nie mógł latać i przyprowadził resztę smoków.
Jak to? Co się stało, że Śledzik nie może latać sam?!

-Śledzik: Gdzie żeście poszli? Nie mogliśmy was znaleźć.
- Natarela: Emmm... Poszliśmy na klif...? - powiedziała ostrożnie.
Ale w końcu znalazł.

-Astrid: Rafał wymyślił nowe zadanie. - Powiedziała z ironią.
No, szukam i szukam, ale ironii się jakoś doszukać nie mogę.

-Śledzik: Jakie?
-Rafał: Zabierz smoki na Plażę Thora i wróć tutaj.
Śledzik wykonał polecenie, po czym wrócił na klif na Sztukamięs.
-Śledzik: Wracaj na plażę Księżnisio. - Powiedział do smoka.
-Rafał: Dobra skaczemy z klifu do morza, a potem płyniemy do plaży Thora
Wprawdzie nie do tej specjalnej Plaży Thora, tylko do takiej randomowej, bo małą literą pisanej.
Oczywiście skaczą i płyną w ciężkich, futrzanych butach, w jeszcze większej ilości futer i skór, elementach zbroi, z bronią. Oto jest selekcja. 

-Astrid: To chyba będzie najgorszy dzień w moim życiu. - Powiedziała do siebie.
...ale na tyle ostentacyjnie, żeby ją wszyscy usłyszeli.

Zeskoczyli, Rafał wykonał w locie kilka salt.
















Drogi pisaŻyno! Salto to nie jest akrobacja łatwa do wykonania, więc nawet gdyby Rafał zrobił tylko jedno, do Czytelnika bez problemu dotarłoby, że ten pohater jest epicki, wysportowany, boski, epicki itd.

Płynęli do Plaży Thora, pierwsi byli Śledzik, Czkawka i Rafał, a na końcu bliźniaki, Sączysmark i Astrid.
Wytłumaczenie: pisaŻyna w tym fragmencie desperacko usiłuje uchronić Rafała przed marysuizmem, ale wszyscy wiem, że są to starania daremne i dla pacjenta jest już za późno.

-Śledzik: Nareszcie koniec.
-Astrid: Co ty... to dopiero początek. - Powiedziała z podłym uśmiechem.
-Rafał: Dobra, teraz zadanie na nurkowanie, musicie jak najdłużej wytrzymać pod wodą.

-Astrid: Co? Tylko tyle? Jestem taka cool i w ogóle, wszyscy narzekają, ale dla mnie to pikuś, więc publicznie okażę rozczarowanie wyzwaniem, które miało być takie trudne i dla innych jest, ale dla mnie nie, czy wspominałam, jaka jestem cool?
Ta Astrid doskonale pasuje do Rafała, czyż nie?
No nie wiem. Ostatnio ciągle dobiegała/dopływała jako ostania.
Feministkom może się to nie spodobać.


Wpłynęli na głębszą wodę i zanurkowali, bliźniaki wypłynęli po 30 sekundach, Czkawka i Śledzik po około 40 sekundach, Sączysmark po 1 minucie, Astrid po 1 min i 30 sek. a Rafał po 2 minutach.
A mierzyli to ilością "łałów" pozostałych. Rafałowi naliczono dodatkowe za bycie epickim.

Na brzegu opalało się całe zdanie, które miało być w tym miejscu.

-Rafał: Mało co nie straciłem przytomności. - Powiedział łapiąc powietrze za włosy.
Co za panikarz. Bzdura. Po dwóch minutach mogłeś mieć odruch ssaka, ale przy nurkowaniu statycznym do blackoutu mogło dojść dopiero po kilku minutach.

-Astrid: To co teraz robimy?
-Rafał: Wracamy do Akademii i uczymy ich walki wręcz.

W Akademii siedziała Natarela, którą powoli zaczynało nużyć wymyślanie zdań do porzuconych przez pisaŻynę słów.

Najlepiej w walce radziła sobie Szpadka, Śledzik i trochę Czkawka.
Najlepiej trochę. Chodzi o taką sytuację, kiedy jestem najlepsza w siatkówce, kiedy umieści się mnie w drużynie... trzylatków?

Do Mieczyka nic nie docierało, a Sączysmark nie umiał wykorzystać swojej siły. W końcu Rafał się wkurzył.
Co jak co, ale na nauczyciela się nie nadaje. 
Ależ oczywiście, że się nadaje. Bycie dobrym nauczycielem to co innego.
Święta racja.

-Rafał: Odmawiam dalszej współpracy. - Powiedział wkurzony na Mieczyka, po czym wyszedł z areny i obserwował jak sobie radzi Astrid - udało się jej nauczyć Sączysmarka kilku sztuczek, a Mieczyk wreszcie załapał o co chodzi.
PisaŻyna dojrzał swój błąd i w pośpiechu próbuje ochronić się przed atakiem oburzonych feministek.
Aczkolwiek nic go nie uchroni przed słusznym, analizatorskim gniewem!

Zrobiło się ciemno wszyscy poszli spać.
Byli bowiem bardzo grzeczni i posłuszni swoim rodzicom.  

Rozdział IX     (Noc i Wrzask)
Ten rozdział, zupełnie przypadkiem, ma taką samą nazwę, jak taki jeden odcinek serialu.

Dziś zadania wymyślała Astrid, wszyscy już byli w Akademii.
Dziś to ja nie jestem w nastroju do tolerowania takich skoków w czasie.

-Astrid: Dobra, więc dzisiaj uczymy się wszystkiego o wszystkich smokach o których wiemy już wszystko. Czkawka będzie was uczył jak tresować smoki,
Bo to nie jest tak, że robił to przez wszystkie 40 odcinków serialu, skądże.

a później pójdziemy spać, aby tradycji mogło stać się zadość. Musimy się wyspać, ponieważ wieczorem lecimy na Smoczą Wyspę i sami bez smoków musimy sobie tam poradzić.
Czyli oprócz zwalenia tytułu odcinka, zżynamy jeszcze jego fabułę, co? Od dziś nazywamy naszego pisaŻynę pisaZŻYNĄ.

-Rafał: Ja bym proponował nie spać przed poleceniem na Smoczą Wyspę... musimy nauczyć sie działać zmęczeni i nie wyspani, lecz źli na niepoprawny zapis "nie" z przymiotnikiem. Wróg nam nie da odpocząć. A poza tym Stoick coś mówił o zakazie latania.
- Bardzo fajny pomysł, ja bym jeszcze zrobił tak, tak i tak, bo bla bla bla bla. A przecież wróg bla bla bla bla. A tak w ogóle to nie możemy lecieć, bo mamy zakaz - powiedziała Urażona Duma I Ambicja Rafała.
Trolling level hard.
Lećcie, lećcie. Stoick właśnie się zastanawia, gdzie się podziała jego zapasowa łódeczka.

-Astrid: No to kolejne zadanie, będziemy musieli opuścić Berk i wrócić tak by nas nikt nie zauważył.

-Rafał: Dobry pomysł.
To nie jest pomysł, lecz stwierdzenie faktu, geniuszu.

-Sączysmark: To już twoje zadania były lepsze. - Zwrócił się do Rafała.

Czkawka udzielał lekcji z teorii tresowania, niespodziewanie Mieczyk więcej zrozumiał od Szpadki i Sączysmarka - specjalnie dla nich Czkawka musiał tłumaczyć wszystko od nowa.
Ach, ten dynamizm i NIESPODZIEWANE zwroty akcji!

Było już późne popołudnie, wszyscy spakowali potrzebne rzeczy i zebrali się w Akademii.
Potrzebne rzeczy do przetrwania na wyspie bez smoków (wg Natareli): Nutella, węgorz, kocyk, czteropak Coli, karty, jeszcze dwa słoiki Nutelli, nawigacja w komórce, powerbank oraz opcjonalnie topór.
I suszarka. Lokówkę mogą sobie odpuścić, ale suszarka jest konieczna.

-Rafał: Ale będziemy tam podzieleni na grupy, czy zupełnie sami? - Zapytał Astrid.

-Astrid: Zupełnie sami. Chyba się nie boisz, co?
On się boi tego, że nikt nie będzie świadkiem jego epickich czynów.

-Rafał: Skąd że...
W sensie skąd się wzięło "że"? Zebrało się komuś na egzystencjalne pytania, jak widzę.

-Astrid: Po zachodzie słońca wylatujemy, a smoki zaprowadzimy do jaskini, będziemy tam całą noc i przed świtem wracamy.












Ja nie rozumiem. Mieli lecieć na wyspę i starać się przeżyć bez smoków, a teraz lecą do jaskini i będą tam siedzieć całą noc?
Trzeba się przyzwyczajać do nowych warunków. Następnej nocy rozłożą śpiworki metr bliżej wyjścia z jaskini. A później będą się odgradzali od strasznego świata tylko Phantomem. Niewidzialnym.

Słońce już zaszło, jeźdźcy polecieli na Smoczą Wyspę, zostawili smoki w jaskini, po czym się rozdzielili.

Rafał przemieszczał się jak duch, pod osłoną nocy. Wysmarował twarz błotem, żeby go nie było widać i czuć. Postanowił obserwować pozostałych jeźdźców jak sobie radzą. Usłyszał nagle trzask nadepniętej gałązki za krzakami,
Katalizująca Spotkania Gałązka Ogłuszającego Trzasku znowu w akcji, jak widzę.

podszedł do krzaków i przykucnął nie mógł się gwałtownie ruszać bo zostałby wykryty
A przykucał jak? W slow motion?

- nie mógł sięgnąć po kuszę ani po miecz, dlatego wyjął nóż, wstał powoli, ofkors, to "coś" z drugiej strony krzaków zrobiło to samo, była to Astrid, topór trzymała przy gardle Rafała,
To on nie zauważył, że Astrid przy tych wszystkich jego manewrach trzymała mu topór przy szyi?

a on się wystraszył, krzyknął (ze strachu)
No patrzcie Państwo, a ja myślałam, że z radości.

i upuścił nóż widząc czarną twarz... blond włosy i niebieskie oczy (tak... Astrid też posmarowała twarz błotem)
Ten narrator, który na każdym kroku wyjaśnia wszystko w nawiasach, zaczyna mnie irytować. 
Obawiam się, że to miało być zabawne.

-Rafał: Chcesz żebym dostał zawału!?

Astrid opuściła topór, oraz przewróciła oczami i się zaśmiała pod nosem, a Rafał w tym czasie podniósł nóż i go schował.
Tymczasem składnia leżała skopana na posadzce i cichutko zawodziła. Za to przecinek przed "oraz" wziął przykład z Rafała i zamaskował się błotem, dzięki czemu miał się całkiem dobrze.

Po chwili "niezręczną ciszę" przerwał Rafał.
Niezręczna cisza jest w cudzysłowie, gdyż wcale nie jest niezręczna i wcale nie jest ciszą, a narrator nie chce nam o czymś powiedzieć.

-Rafał: Co ty tutaj właściwie robisz? Poszłaś w przeciwnym kierunku kiedy się rozdzieliliśmy.

-Astrid: Miałam cie spytać o to samo...

-Rafał: Ja postanowiłem obserwować jak sobie poradzą pozostali.

-Astrid: Ja też...
Tak oto nasi dzielni Komandosi trenujący innych Komandosów odkryli zalety współpracy.

-Rafał: A tak w ogóle to skradać się nie umiesz. -Powiedział żartobliwie.




















-Astrid: Bo cie nie poznałam przez te błoto,
TE błoto. To błoto jest zmiennopłciowe, najwyraźniej.
Płeć jest w tym wypadku uzależniona od składników błota. 

dlatego chciałam się przyjrzeć i nie patrzałam pod nogi. A ty też nie umiesz się skradać bo ciebie pierwsza zauważyłam. I przynajmniej nie jestem taka strachliwa jak ty. - Powiedziała z uśmiechem.
- I w ogóle jestem ładniejsza. Dlatego nie rozumiem, dlaczego to nie ja jestem tu GłUwną Pohaterką - dodała z zawiścią w głosie.

-Rafał: Nie spodziewałem się tutaj nikogo, a tym bardziej kogoś kto też pomalował się błotem. - Mówiąc to wiedział że jego wypowiedź nie ma sensu i wiedział co odpowie Astrid.
Poznanie samego siebie i dostrzeżenie wad jest pierwszym krokiem ku doskonałości. Rafał już zrobił ten krok, a wy?
Ja już zrobiłam krok w stronę mojej szafy, w której trzymam... *zawiesza głos* NIESzPUŁKĘ*!
*NIESzPUŁKA - Narzędzie Ignorantów Ekstremalnie Szlachetnej Polszczyzny Uczące i Łamiące Kości Absurdom

-Astrid: Powinieneś być przygotowany na wszystko. A gdybym była Albrechtem, to co? Co byś zrobił z tym swoim małym nożem? A właśnie, dlaczego akurat nóż wyciągłeś?
- Rafał: Bo tak jest niegramatycznie. A ja nie lubię gramatyki. 

-Rafał: Nie chciałem robić gwałtownych ruchów wyciągając miecz, albo kuszę. I ty się lepiej ciesz że ja kuszy nie wyciągłem, czy wspominałem już, jak bardzo nie lubię gramatyki?, bo ze strachu na stówę pociągnąłbym za spust.

-Astrid: "Gwałtownych ruchów"? Przecież i tak wiedziałam że jesteś z drugiej strony krzaków.

Rafał popatrzył na nią z ironią.
Analizatorki popatrzyły na pisaŻynę z powątpiewaniem. 

Nagle coś usłyszeli.
Złorzeczenia Analizatorek, kąsanych przez stado znaków interpunkcyjnych.

-Rafał: Cśś... słyszałaś?

-Astrid: Tak.

-Rafał: Współpraca?
-Astrid: Nie.
Po czym zamachnęła się toporem i odeszła, błyskając wyszczerzonymi zębami. 


Astrid przybiła z Rafałem żółwika do drzewa, a pod nim napisali sprejem: "Simierdź powolnym gadziną!", po czym podbiegli do krzaków zza których usłyszeli odgłosy. Wyskoczyli zza krzaków powalając ofiarę na ziemię (Astrid trzymała  prawą rękę ofiary, a Rafał  lewą nogę) .
W wyniku tego manewru z kieszeni Rafała wysypały się niezliczone ilości spacji.

Czkawka zaczął krzyczeć widząc dwóch ludzi z "czarnymi" twarzami (czyli pomalowanych błotem)
Ale na pewno błotem? A nie Nutellą? I czy na pewno pomalowanych? A co, jeśli opryskanych?!

-Rafał: Czkawka... to my. - Powiedział wstając z Astrid,
PisaŻyna coś przed nami zataja. Niby kogoś szpiegują, a nagle Rafał ląduje na Astrid? Podejrzane, narratorze, podejrzane. 

a Czkawka przestał krzyczeć.
"To my" wypowiedziane przez dwóch zamaskowanych typów, którzy wyskakują zza krzaków i łapią cię za ręce, rzeczywiście brzmi uspokajająco. Nawet bardziej, niż podobne zapewnienie, usłyszane przy wtórze otwieranych drzwi szafy, o pierwszej w nocy.  
Przestał krzyczeć, gdyż dotarło do niego, że może już tylko zapomnieć o swoim związku z Astrid, dla której FabÓła przewiduje tru loff z Rafałem. 

-Astrid: Co ty tutaj robisz? - Zapytała Czkawkę pomagając mu wstać.
- Czkawka: Staram się poradzić sobie bez smoka...?

-Rafał: Cśś, ktoś tu jeszcze jest. - Wyczuwał kogoś jeszcze, spojrzał do góry, a na gałęzi na drzewie siedział Śledzik, widząc czarną sylwetkę Rafała,
Śledzik zobaczył go, jak został zobaczony przez Rafała.

wystraszył się i spadł z gałęzi, Rafał chciał się wycofać żeby chłopak nie upadł na niego, ale się potknął o własną nogę i upadł na plecy, a na niego spadł Śledzik, Rafał stracił chwilowo przytomność. Gdy się ocknął, znowu przestraszył się Astrid z tego samego powodu co wcześniej, ale tym razem nie krzyknął, ponieważ szybko ją rozpoznał, nagle przed jego oczami pojawiła się dosłownie znikąd twarz Śledzika, z przerażenia Rafał znowu krzyknął.
PisaŻyna naprawdę przestraszył się zemsty środowiska feministycznego.

-Rafał: Wy chyba chcecie żebym dostał tego zawału.
Skądże znowu! My, takie amatorki marnych opków, miałybyśmy życzyć ci śmierci?!
Takiej zwykłej? Niemal naturalnej? Łatwej do wytłumaczenia? Jesteśmy oburzone podobnymi podejrzeniami.

-Śledzik: Oj, przepraszam. Ale co ty masz na twarzy? Po co pomalowałeś się błotem? - Pytając pomógł mu wstać.

-Rafał: Po to żeby trudniej mnie było wypatrzeć i nie czuć - "taktyczny zapach maskujący". - Powiedział dumnie.
Po pierwsze - nie działa. Po drugie - jak pachnie błoto, skoro jego zapach maskuje twój?
Po raz kolejny- to zależy od składników.

-Śledzik: To ma sens. W twoich snach, buahahaha.

-Astrid: Noo... i jeszcze ten efekt tego błota, na widok którego wszyscy krzyczą. - Powiedziała śmiejąc się. Rafał wiedział że Astrid mówiła szczególnie o nim, więc spojrzał na nią wkurzony.
Zaraz, zaraz. Jak na razie to tylko Rafał krzyczy i tylko na twój widok.

-Rafał: Śledzik, Czkawka, co wy w ogóle tutaj robicie?
- Pańskie zadanie, sir!

-Czkawka: Ja usłyszałem krzyk, więc poszedłem w jego stronę, aż nagle się znikąd na mnie rzuciliście. - Powiedział do Astrid i Rafała.

-Śledzik: Ja tak samo. Co to był za krzyk?

-Astrid: To Rafał krzyczał gdy mnie zobaczył. - Mówiła nabijając się z Rafała - miał ochotę rzucić kamieniem jej w twarz.
*rozpaczliwy pisk składni*

-Rafał: Ty się lepiej ciesz z tego że nie wziąłem wtedy kuszy - rzekł do składni.

Do Astrid dotarło że faktycznie mógł mieć wtedy kuszę i ze strachu strzelić, przestała się śmiać.
Feministki już nie patrzą przez ramię, można znów ubóstwiać Rafała.

Po chwili zza krzaków wyszli Sączysmark i bliźniaki.

-Rafał: I jesteśmy w komplecie. To co teraz robimy? Jest już północ.
Czy tylko mnie się zdaję, czy oni wszyscy zrobili tak, że się rozdzielili i każdy z nich schował się w innych, pobliskich krzakach?

-Sączysmark: Co to za krzyki były?
A, to tylko wyrywające się ku poprawności gramatyka i interpunkcja, nie ma się czym przejmować.

Astrid opowiedziała Smarkowi i bliźniakom całą historię, ale tym razem nie śmiejąc się.
Nareszcie uświadomiła sobie, że w tym Elemencie Komicznym nic śmiesznego nie było?

-Astrid: To chyba już wracamy co?
Mieliście spędzić na wyspie całą noc i wrócić tuż przed świtem, ale co tam.

-Sączysmark: Tylko jak trafimy do smoków?

-Rafał: Nie musimy do nich iść, wystarczy je zawołać. - Powiedział po czym zaryczał jak Phantom.
PisaŻynie pomyliły się uniwersa i bohaterowie. To Merlin mógł sobie przywoływać smoka rykiem.
Oj tam, w serialu też umieli. Ale nie pokazywali?

Po chwili smok przyleciał, Rafał nauczył tego pozostałych jeźdźców, po czym wrócili po cichu na Berk i *werble* poszli spać.

Rozdział X     (Słodka Heathera)
Tak proszę Państwa, również treść tego rozdziału została zwalona przez pisaZŻYNĘ z odcinka serialu o tym samym tytule. Żeby poznać więc fabułę tego rozdziału, wystarczy oglądnąć sobie "Słodką Heatherę 1/2" i dodać do akcji Rafała. Naprawdę, nic Was nie ominie, bo pisaZŻYNIE nie wystarczyło nawet kreatywności na wymyślenie własnych dialogów między pohaterami. Z racji mnóstwa cytatów z serialu ciachamy większość treści i zostawiamy perełki.

[Sączysmark twierdzi, że znalazł coś na plaży. Lecą tam.]

-Sączysmark: Jakby co to ja znalazłem, jest moja.

-Rafał: Ale ten wrak łodzi? Czy dziewczyna która jest w środku? - Zapytał Smarka, patrząc w dziurę w łodzi.
To chyba pierwsza, w miarę zabawna, kwestia w tym opku. 
W serialu obyło się bez ujęcia tego żartu w słowa, ale cóż miał zrobić pisaZŻyna ze swoją niechęcią do opisów?

[Wszyscy zaglądają do wraku, a tam dziewczyna, której cała charakterystyka zawiera się w tym, że ma czarne włosy. Okazuje się również, że Szczerbatek nie ma pyska, ani też łba, za to ma mordkę.]

-Czkawka: Nie bój się, nic ci nie zrobi. - Powiedział, po czym pomógł dziewczynie wyjść z łodzi.

-Heather (bo tak miała na imię): Jak tyś to zrobił?
Chodzi ci o umiejętność mowy czy coś innego?

[Heathera dowiaduje się, że na Berk tresuje się smoki, Czkawka wszystkich przedstawia, a Sączysmark zarywa do nowej dziewczyny.]

-Heather: Ja jestem Heathera.
Hipokryzja narratora level hard master. A tak na serio, to nie wiem skąd ta permanentna tendencja do odcinania Heatherze "a" z końca imienia. 

[Heathera opowiada, jak piraci zaatakowali ją i jej rodziców, a ona jedna się uratowała.]

-Mieczyk: Ja chce zostać piratem. Albo będę patroszył ryby. - Wszyscy na niego spojrzeli.
W sumie, jedno i drugie sprowadza się do patroszenia.

-Heather: Tak jak mówiłam, udało mi się uciec, ale moi rodzice nie mieli tyle szczęścia.

-Mieczyk: Durni piraci, zdecydowałem, będę patroszył ryby.
Dialog zwalony z seeerialu *Natarela ziewa*.

[Jeźdźcy lecą z dziewczyną poinformować Stoicka o zaistniałej sytuacji, czego sens Analizatorki podważają, skoro i tak wódz o tym zaraz zapomni. Rafał i Astrid ociągają się. Stwierdzają, że skoro rano i dzień wcześniej nie było sztormu, to wersja zdarzeń opowiedziana przez Heatherę jest nieprawdziwa. Zgodnie dochodzą do wniosku, że jej nie ufają.]

Rafał i Astrid wsiedli na swoje smoki i dogonili pozostałych. Na Berk Czkawka opowiedział wszystko Stoickowi. Heather będzie nocowała u Czkawki. A czasy plączą się i plączą. Lekcje w Akademii nie zostały odwołane, wszyscy spotkali się ponownie w Akademii, razem z Heatherą - która obserwowała jak ćwiczą - z tego względu Rafał zrobił lekcje na celność. Nie ufał on Heatherze, więc robił lekcje takie żeby niczego się od nich nie nauczyła.

[Tu jest fragment o rzucaniu nie toporami, a, uwaga, siekierami. Oczywiście bzdurny opis osiągnięć - ciach. Następnie jeźdźcy zabierają Heatherę na "prywatne lekcje o swoich smokach", cokolwiek to znaczy. Rafał i Astrid się alienują.] 

-Rafał: Powinniśmy coś zrobić?

-Astrid: Nie wiem. Wszyscy są nią oczarowani, nawet Czkawka.
Ojć, zazdrość panienkę ukłuła? Mam nadzieję, że mocno.

[Heathera idzie do domu Czkawki, a Rafał i Astrid kończą ze stalkowaniem jej i kładą się spać. Czkawka pokazuje dziewczynie Księgę Smoków. Heathera idzie spać.]

Wszyscy jeźdźcy już spali, oprócz Astrid i Rafała - którzy nie mogli zasnąć. Rafał postanowił wyjść przed dom i popatrzeć na księżyc i gwiazdy,
Bezwzględny wojownik, niepokonany siłacz, czarujący romantyk - czyli krótki przepis na Gary'ego Stu Wspaniałego!

a Astrid poszła do lasu porzucać toporem w drzewa,
Musiała sobie odreagować rzucanie jakimiś tępymi siekierami na treningu.

nagle kogoś zobaczyła, postanowiła za tym kimś iść, ale szybko straciła go z oczu. Do późnej nocy przeszukiwała las, ale już nikogo nie widziała. Pobiegła do wioski poinformować wszystkich o tym, zobaczyła Rafała jak spał na schodach przed domem.
Tylko jedno "że" dzieli to zdanie od takiego brzmienia: "Pobiegła do wioski poinformować wszystkich o tym, ŻE zobaczyła Rafała jak spał na schodach przed domem."
Mnie ciekawi, pod czyim domem spał Rafał.

-Astrid: Rafał?

-Rafał: Co!? - Obudził się lekko agresywny.
Ale tylko lekko. Jeszcze by Czytelnik pomyślał, że Rafał Wspaniały ma jakieś problemy z agresją!

-Astrid: Widziałam kogoś w lesie!
Rafała? Niedźwiedzia? Kogoś, kto miał daleko do domu, a czuł potrzebę?

-Rafał: Trzeba to powiedzieć Czkawce.

Pobiegli do domu Czkawki, Astrid weszła i kopnęła leżącego na podłodze chłopaka, budząc też Szczerbatka.

[Tu następuje długaśny dialog, w którym Astrid chwali się tym, co widziała (albo raczej czego nie widziała) w lesie, a Rafał twierdzi, że chwilę wcześniej był w pokoju Heathery i jej tam nie ma (jak tego dokonał i dlaczego narrator o tym nie wspomniał - nie wiemy), a Czkawka orientuje się, że zniknęła Księga Smoków. Postanawiają złapać złodziejkę.]

Pobiegli obudzić pozostałych, Czkawka podzielił jeźdźców na grupy.

Bliźniaki - wschód,

Sączysmark i Astrid - zachód,

Czkawka i Śledzik - południe,

Rafał i jego urażone ego, które żądało przydzielenia do osobnej grupy- północ.

Rafał zobaczył statek Łupieżców, wziął lunetę i zobaczył na statku Heathere z księgą, Bestiala i kilku łupieżców. Śledził ich aż do Wyspy Łupieżców, po czym wrócił na Berk, wszyscy już na niego czekali w Akademii,
Teraz rodzi się pytanie: Dlaczego nie poleciał po pozostałych, kiedy wrogi statek jeszcze był na morzu? Nie był pewien, czy Łupieżcy popłyną na Wyspę Łupieżców?

opowiedział im co widział, potem poszli obudzi Stoicka i przekazać mu te wieści.
"Obudzi", w sensie że "obuci"? Miło, w każdym razie. 

-Stocik: A skąd to wiecie? Lataliście na smokach? Przecież mówiłem wyraźnie że jest zakaz latania!
Przynajmniej pamiętał o tym, że dał im jakiś zakaz.

-Czkawka: Yy... ee... Zakaz? Jaki... Ahh... tato, możemy o tym porozmawiać później?

-Rafał: Albrecht może szykować smoczą armię, proponuję ich zaatakować.
Ile razy mam powtarzać - to nie to uniwersum. Albrecht ma jedynie książkę o smokach, co daje mu tyle, ile mi daje posiadanie kilku książek o smokach. Ogromną satysfakcję, oczywiście. Nie zaglądajcie do tamtej szafy. Drewno jest bardzo groźne.
Może tak jak w tej analizie, posiadanie książek jest równoznaczne z posiadaniem wiedzy w nich zawartej?

-Stocik: Słusznie, nie ma co czekać, jeśli Albrecht ma Księgę Smoków.
A łódeczka nadal się nie znalazła?

Stoick ogłosił alarm, wszyscy Wandale szykowali się do wojny, przed świtem wszystko było gotowe.
A gdzie czas na sen? Dlaczego nie poszli spać?!

Rozdział XI     (Szturm o Świcie)
O brzasku słońca wandale wypłynęli statkami na Wyspę Łupieżców, a jeźdźcy lecieli na smokach.
O nie! Skąd jacyś chuliganie wzięli się w tym opku?! Mam nadzieję, że nie zepsuli młodzieży z Berk. Plemię Wandali mogłoby na tym ucierpieć, na przykład stracić wielką literę z nazwy.

-Rafał: Mamy w ogóle jakiś plan?

-Stoick: Ee... Myślałem że wy macie.
Tak się kończy słuchanie nastolatków.
I tak dobrze, bo myśli o jakimś planie. Serialowy Czkawka prawie w każdym odcinku mówi coś w stylu: "Przydałby się nam dobry plan. Od zaraz.".

-Czkawka: No to pięknie.

-Rafał: Najpierw trzeba zlokalizować księgę... i jakoś ją odzyskać, no... a potem wyspę można spalić.
A nie można tak od razu? Prościej, szybciej, nikt nie zadaje żadnych pytań i po sprawie.
Weź, tyle się męczyli nad obrazkami i opisami... Do tego Heathera jest ładna, a przecież brakuje osobników płci żeńskiej wśród wikingów, zwłaszcza w roczniku Czkawki.
Faktycznie. Tym bardziej, iż odnoszę wrażenie, że ten rocznik jest jedynym młodym

-Stoick: A jak macie zamiar zlokalizować tą księgę?
*zerka na Listę Obowiązkowych Błędów w Blogaskach i odhacza punkt: "Tą zamiast TĘ".

-Rafał: Pójdę na zwiad… i postaram się zabrać księgę.
- Pójdę się rozejrzeć... A przy okazji spróbuję wziąć to, po co przypłynęliśmy i odwalić całą robotę sam.

-Śledzik: Ale tak sam? Zupełnie sam?
No ba! Przecież to Gary Stu.

-Rafał: Nie możemy się rzucać w oczy. Wy schowacie się ze smokami na wyspie i niezauważeni będziecie obserwować mnie przez lunetę, jeśli zawołam Phantoma, to znaczy że mam kłopoty i wtedy wy zaatakujecie. A Stocik z pozostałymi ukryjecie się gdzieś na tyłach wyspy, jeśli coś będzie nie tak, to wkraczacie.
Dobra, w skrócie: jeźdźcy chowają się gdzieś na wyspie i gapią się przez jedną lunetę na Rafała. Stoick z resztą chowają się na tyłach wyspy (?!), a sygnałem jest ryk Fioleona Zimnogębnego. Aha, i Wyspy Łupieżców nikt nie patroluje, to ważne.

-Stoick: Zrozumiałem, ale tak sam tam wejdziesz?
A co to za obyczaj wymyśla, żeby Gary Stu szedł z drużyną całą?

-Czkawka: Będziemy go obserwować, jeśli coś mu się stanie, to mu pomożemy.
Bo on nigdzie nie wejdzie, Księga leży sobie gdzieś na zewnątrz.

Stoick z towarzyszami popłynęli na tyły wyspy i obserwowali ją. A jeźdźcy polecieli na wzgórze i położyli się na klifie, maskując się (błotem).
Łupieżcy mieli akurat obowiązkową, poobiednią sjestę, więc nie mogli zauważyć statków opływających spokojne wyspę i gromadki smoków z zamaskowanymi (błotem) jeźdźcami.
*Natarela czyha na pisaŻynę ze swoją NIESzPUŁKĄ, maskując się (nutellą).*

-Rafał: Tylko uważajcie na słońce, może odbić się od lunety i zdradzić waszą pozycję.
I na oczy. Jak wiadomo, od nich też może się odbić światło. I od ostrzy. I od tych pięknie wypolerowanych hełmów. I całej reszty waszego wyposażenia. Więc lepiej wracajcie do domu.

Rafał zostawił smoka i zszedł z klifu, wyciągnął kuszę i załadował bełt, oraz pomalował twarz błotem i opędził się od całej chmary spójników.

-Astrid: Tutaj jest za dużo skał, możemy stracić go z oczu. Pójdę z nim. I stracicie nas oboje, ale nam, straconym z oczu, będzie raźniej.

-Czkawka: Astrid... uważaj na siebie.
Astrid podążyła za Rafałem, byli daleko od siebie - dlatego próbowała przemieszczać się po cichu i szybko.
-Czkawka: Nie... błagam tylko nie wchodź do jaskiń.
Najpierw poszukaj na zewnątrz!

Rafał wszedł do jaskini w której były cele (więzienie).
"WIĘZIENIE" - tak głosił napis nad wejściem do jaskini. Poniżej widniał dopisek: "Odporny na deklinację".

-Śledzik: I straciliśmy go z oczu.
-Czkawka: Nie tylko my, Astrid też nie będzie wiedziała gdzie jest. Ale spokojnie, jeśli coś mu się stanie to zawoła Phantoma.
-Sączysmark: Co by mu się miało stać? Przecież jest Komandosem.
-Śledzik: Albrecht i Bestial też.

Rafał w jaskini zobaczył strażnika który nagle wyłonił się zza zakrętu, przykucnął, wstrzymał oddech i strzelił... trafił w głowę Rafała.
Ten strażnik. A nasz Gary Stu umarł z zaskoczeniem na twarzy, gdyż kompletnie nie spodziewał się, że jakiś trzecioplanowy, bezimienny pohater ośmieli się go zaatakować, a co dopiero zabić. Bo przecież każdy strażnik ma obowiązek zaatakować pohatera mieczem, w pojedynkę. Tak mówią starożytne inskrypcje w piramidach.

-Rafał: Noo... nawet nie celowałem. - Powiedział do siebie,
*z zawodem w głosie* Ależ oczywiście. Od takiego zakutego łba to nawet kula armatnia się odbije, a topór to już na pewno. 

z lekka się przestraszył i nie tracił czasu na celowanie.
Ale za to miał mnóstwo czasu na przykucnięcie, wstrzymanie oddechu... Co tam celowanie! Gary Stu zawsze trafia do celu.

Załadował kolejny bełt i poszedł dalej, nagle usłyszał szept: Rafał? Poszedł w kierunku głosu, dając się prawdopodobnie złapać, gdyż chwilę później w celi spotkał znajomą dziewczynę, oraz błędny przecinek starszą kobietę i mężczyznę.
I znów narrator scedował swoje obowiązki na Bogu ducha winny szept.

-Rafał: Heathera? Co ty tu robisz?

-Heather: Przepraszam, okłamałam was. Albrecht zaatakował moich rodziców, mówił że jak zdobędę Księgę Smoków, to nas puści. Okłamał mnie.
Narrator też kręci. Albrecht nie miał pojęcia o istnieniu Księgi Smoków, on chciał tylko dowiedzieć się czegoś o ich tresurze. A że jeźdźcy byli tak mili i spisali o tym całą księgę...

-Rafał: W końcu to Albrecht Perfidny.
Ja czegoś tu nie rozumiem. Albrecht trzymał rodziców Heathery, żeby móc ją szantażować. Dlaczego więc nie zabił ich, kiedy przestali mu być potrzebni?
Może jej matka była dobrą kucharką i teraz to ją szantażował? 

-Heather: Albrecht nosi księgę przy sobie w kieszeni i jest na arenie ze swoimi ludźmi. Wypuść nas, to pomogę ci odzyskać księgę.

Zza zakrętu wyszła Astrid.

-Astrid: Dlaczego mamy ci wierzyć?

-Rafał: Astrid? Co ty tutaj robisz?

-Heather: Proszę, dajcie mi drugą szansę. - Powiedziała błagalnie. 

Nagle usłyszeli głos: Zamknęliście Heathere i jej rodziców? a później odpowiedź: Tak jest. I zza zakrętu wyszedł Bestial z dwoma strażnikami, Rafał i Astrid w tym czasie się obrócili,
Obracanie zajęło im tyle czasu, ile wypowiedzenie dwóch zdań? Rany. Ale w tym czasie zdążyli: wymienić znaczące spojrzenia, pofalować włosami, wypróbować kilka min z serii "epickości zza zakrętu" i ustawić się w odpowiednich pozycjach.

Bestial widząc Rafała przestraszył się i rzucił w niego swoją kością,
Albowiem Rafał był zamaskowany (błotem), nie zapominajmy.

Rafał akurat celował w niego z kuszy, widząc lecącą w swoją stronę kość,
Kość lecąca w swoją stronę. Perpetuum mobile, nie kość.

pochylił się do tyłu unikając uderzenia kością w głowę
Matrix, proszę Państwa, Matrix pełną gębą.











A to pochylenie się do tyłu, jest jak cofnięcie się do przodu, mam rozumieć?

i znowu strzelił na oślep... ponownie trafiając w głowę.
Przypomnijmy, że Bestial też jest Komandosem. I dał się zabić jednym bełtem.

Astrid przecięła swoją klatkę piersiową toporem jednego strażnika,
Rzuciła się na niego, wyrwała mu broń z ręki i popełniła widowiskowe samobójstwo. A poplątane dopełnienia i przydawki nic sobie nie robiły z Imperatywu Narracyjnego, który desperacko usiłował wyjść z tego opka z twarzą.

a Heather wyjęła nóż Rafałowi i rzuciła w stronę drugiego strażnika który zamierzał się na Astrid obrazić, trafiła w klatkę piersiową - w serce.
A on zupełnym przypadkiem zapomniał tego dnia ubrać zbroję. Parszywy los.

Rafał podszedł do strażnika, tymczasem składnia wraz z interpunkcją wyją nóż i go schował, po czym wziął klucze od Bestiala i wypuścił Heathere i jej rodziców.

-Rafał: Macie jakiś pomysł jak zabrać Albrechtowi księgę?
Jak nie wiesz jak ukraść książkę, to poproś o radę specjalistkę.





















-Heather: On jest z nią na arenie, jest tam dużo jego strażników, oraz Szepcząca Śmierć - które chce wytresować.
Tresura strażników może okazać się sporym wyzwaniem. Jednak efekty są warte pracy i energii. Dobrze wytresowany strażnik, nie śpi na służbie, na zadaje głupich pytań, nie rzuca się na pohatera w pojedynkę, nie żłopie piwska, myje się regularnie...
Zauważmy, że pisaŻyna sięgnął wreszcie do filmu. "Szepcząca Śmierć" to filmowa nazwa smoka, który w serialu określany był mianem "Szeptozgon". Jesteśmy dumne.

-Rafał: Dobra… Astrid, ty i Heather wrócicie do Czkawki i powiecie mu żeby na mój znak on i pozostali zajęli się Szeptozgonem,
...a jednak nie. 

a Stoick i pozostali zakumplowali się z żołnierzami Albrechta.

-Heather: Uważaj na siebie. - Powiedziała do Rafała, po czym z rodzicami i Astrid poszła do Czkawki.
A żaden z Łupieżców nie zwrócił uwagi na szwendających się po Wyspie więźniów. W końcu Albrecht słynął z dobrego serca i często uwalniał pojmanych przez siebie ludzi.
A po co innego były te tylne drzwi przy celach?

Czkawka zobaczył jak Albrecht daje księgę jakiemuś żołnierzowi, po czym wychodzi z areny. Albrecht ich zauważył, słońce odbiło się od ich lunet.
I to jest ostatnia rzecz, jaką Albrecht zrobił w tym rozdziale.  

Rafał schował się koło areny, wyjrzał do środka,
A ja zajrzałam do Słownika języka polskiego.

Albrechta nie było, uciekł z opka, a jakiś żołnierz trzymał księgę i kierował się w stronę wyjścia, Rafał wyjął nóż i schował się za ścianą, gdy obok przeszedł żołnierz, chłopak rzucił się na niego, podciął mu gardło i zabrał księgę, kątem oka zobaczył że widzieli go strażnicy, no szok, normalnie, więc zawołał Phantoma. Astrid akurat wtedy z Heatherą i jej rodzicami przyszła na klif.

-Astrid: Czkawka... - Nie dokończyła bo Phantom akurat odleciał z klifu
A ona AKURAT na nim siedziała. Łot e piti.

-Śledzik: Był już sygnał?

-Sączysmark: No raczej.

-Czkawka: Heather? Co ty tutaj robisz?

-Astrid: Hej!? Serio chcesz teraz o tym gadać!? Właśnie był sygnał!

Podczas tej rozmowy na klifie przyleciał po Rafała Phantom, polecieli na klif.
















-Rafał: Mam księgę!

Nagle kilka sieci leciało w kierunku Rafała, były wystrzelone tak, że Phantom nie mógł zrobić uniku, zostali trafieni i spadli na ziemię. Nagle na niebie było widać kamienie i płonące kule
Wcześniej nie było ich widać, gdyż zamaskowały się (lodami smerfowymi).

kamienie i płonące kule lecące prosto na statki Wandali .
I tak leciały, leciały i leciały, niczym kropka na końcu tego zdania.

-Rafał: To są jakieś żarty!? - Powiedział wydostając się z sieci. - Dlaczego nie pozwalają nam po prostu spalić swojej wyspy?! Dlaczego się bronią? Dlaczego moje życie jest takie okropne, że wszyscy rzucają mi kłody pod nogi?!

Stoick wydał komendę dla zasad gramatyki do towarzyszy.

-Stoick: Do wody! Opuścić statki! - Po czym natychmiast wyskoczył z Pyskaczem.

Większość zdążyła wyskoczyć, ale niektórzy nie mieli tyle szczęścia.
Bo to, czy się wypełni rozkaz, zależy od szczęścia, prawda.

Większość statków albo się spaliła, albo poszła na dno przytłoczona wagą błędów gramatycznych i interpunkcyjnych w tym opku.

-Rafał: Trzeba znaleźć i zniszczyć te katapulty!
Jak macie księgę to trzeba wiać!

Jeźdźcy polecieli na poszukiwania, a w niebo zostały wystrzelone sieci.
Bo katapulty to są takie małe, że w ogóle można przeoczyć ich istnienie, gdyby nie strzelały. No błagam.

Rafał zobaczył że do Stoicka i pozostałych ocalałych Łupieżcy strzelają z kusz, na szczęście nie trafiali.
Jak się nie jest Gary Stu, to się nie trafia, nawet z celowaniem, proste.

-Rafał: Czkawka! Leć powiedzieć ojcu żeby się wycofali i wrócili na Berk! Mieczyk, Szpadka, wy zróbcie zasłonę dymną na wodzie żeby ułatwić im wejście na ocalałe statki i odpłynięcie!

Czkawka i bliźniaki wykonali polecenie, Rafał zobaczył katapulty i Phantom je zniszczył,
Przejrzał na oczy!

a pozostali jeźdźcy przegonili Szepczącą Śmierć, po czym też się wycofali.

Wszyscy cali wrócili na Berk, no może poza tymi co zginęli, albo zostali ranni podczas ataku na statki.
I wszyscy żyli długo i szczęśliwie, oprócz tych co już nie żyli... Dziękujemy, panie Fakcie Ewidentny.

-Rafał: Nie, nie atakujemy ich pierwsi, na swojej wyspie mają za dużo katapult, pułapek broni i tym podobnych. - Mówił zdyszany.
Nie wiem co to są "pułapki broni i tym podobne", ale coś czuję, że nie chcę wiedzieć.

-Stoick: Zgadzam się z tym. Ale macie chociaż księgę?
Bo już nie pamiętam, co tam krzyczałeś po tym zdanie z dwoma klifami.

-Rafał: Tak JA mam. - Dał księgę Czkawce.

Stoick dał Heatherze i jej rodzicom łódź, Heather pożegnała się z jeźdźcami, po czym odpłynęli.
Ja już nawet nie mam siły się pytać, gdzie odpłynęli jeźdźcy ani po co.

Jeźdźcy i wikingowie rozeszli się do domów, by odpocząć od adrenaliny.
Czyli poszli spać. Nie dajcie się zmylić wykrętom pisaŻyny.