czwartek, 14 maja 2015

Niecertyfikowani nauczyciele i efekty bezstresowego wychowania w częściowo zaśnieżonym Nowym Jorku

Dzisiejsze opko teoretycznie pochodzi z fandomu "The Mortal Instruments". Należy dodać, że rzecz tak błaha jak nieznajomość tematu nie utrudni zrozumienia dzisiejszej pozycji, ponieważ cechy wspólne można umieść w kilku punktach.
- takie same imię głównej pohaterki i postaci pobocznych
- wow! te postacie nawet wyglądają jak w książkach!
- charakter postaci... No cóż... Może pominiemy ten punkt?
- akcja tocząca się w Nowym Jorku, mieście, które zawsze jest w sam raz na miejsce akcji blogasków!

Uwaga! Opko zawiera lokowanie produktu!

blog:http://skrzydla-diabla.blog.onet.pl/


Pierwszy.


Uniosła delikatnie okno, zapominając, że do okna był przyczepiony jeszcze dom, by poczuć zapach poranka, który tak lubiła. Tej nocy w Nowym Jorku szalała burza, więc powietrze było przesiąknięte ozonem, który momentalnie wywiał z niej resztki snu. Pierwsze, nieśmiałe promienie słońca uderzyły w jej piegowatą twarz,
Wyjątkowo mroczna ta bohaterka, skoro nawet nieśmiałe promyki słońca w nią uderzają.

rozświetlając rude włosy, opadające kaskadą na szczupłe plecy. Skrzywiła się nieco; dopiero, co się obudziła, wyrwana ze snu przez gwałtowny dźwięk budzika, – który
Nie wiem, co jest gorsze. Ten wyjątkowo nietrafny sposób użycia średnika, te dopiero jak zbędne przecinki, czy też owy kosmiczny myślnik, który wzięty został chyba z jakiegoś ciemnego krateru na Plutonie.
Mam rozumieć, nasza bohaterka jest somnambuliczką i przebudził ją dopiero zapach ozonu.
Z tą interpunkcją wszystko jest możliwe.

w tym momencie leżał w piętnastu kawałkach
Skrupulatnie policzonych przez naszą na razie bezimienną Mary Sue.

pod ścianą, roztrzaskany dzięki furii swojej właścicielki.
Widać w tym pokoju panuje reżim totalitarny, ba! nawet monarchia despotyczna skoro ta bezduszna właścicielka nie dość, że roztrzaskała budzik pod wpływem emocji, to jeszcze oczekuje za to wdzięczności.



Trzeci w tym miesiącu…
Sugeruję kupno czegoś porządnego, a nie tego chińskiego chłamu. Mój budzik wytrzymywał gorsze rzeczy. Dużo gorsze...
Gorzej ze stanem parkietu...
Eee...

Przyblokowała ramę okna i odwróciła się, a napięcie wzrosło dramatycznie. Przez moment wahała się, czy nie pójść do łazienki i jednak się nie zacząć szykować do szkoły, jednak druga opcja wydała jej się zdecydowanie bardziej kusząca.
Jednak wydaje mi się, że jednak można tu było uniknąć powtórzenia.
A może jednak nie?

Zmrużyła oczy, namierzając wzrokiem łóżko, po czym przebiegła z impetem przez pokój,
Spory musiał być. I mało zagracony. Ja po moim pokoju musiałabym biec slalomem.
Ja bym miała bieg przez płotki.

rzucając się do pościeli z radosnym okrzykiem „Bonsai!”, który według opasłego tomu "Okrzyków bojowych przez wieki" oznaczał "śmierć wam wszystkim". Wtuliła twarz w miło pachnącą lawendą poduszkę i wsadziła pod nią rękę, wyszukując świstek papieru, który leżał tam od kilku miesięcy, co jakiś czas wyjmowany i odkurzany.

To pismo zawsze wzbudzało w niej dużą ufność, charakterystyczne zawijasy stanowiły dla niej coś w rodzaju przystani. Były niemal tak namacalne, jak osoba, która je napisała… kiedyś. Westchnęła z uśmiechem i pogładziła palcem malutki rysuneczek znajdujący się ponad tekstem – diabełek o anielskiej twarzy ze skrzydełkami.
Twarz ze skrzydełkami?! 
Zamiast uszu.



Przywodził jej na myśl jego charakter, trochę gwałtowny i nieprzewidywalny,
Nieprzewidywalność charakteru polega na tym, że jego cechy niespodziewanie zamieniają się w inne. Na przykład, jeśli wydaje ci się, że poznałaś miłego, uprzejmego faceta, to najpierw sprawdź, czy na pewno ma przewidywalny charakter, bo jeżeli nie, to za godzinę może zmienić się w psychopatę cierpiącego na kompleks Edypa.

ale w gruncie rzeczy nie taki znowu okropny.
Prawdopodobnie oznacza to, że był przystojny. Jak wiadomo, uroda rekompensuje wszystkie mankamenty charakteru.

Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się jego obrazu
Obrazu charakteru?

z myśli i przewróciła się na plecy. Tyle sytuacji, tyle słów przyszło jej na myśl… dawno wypowiedzianych, przez wielu
Czyli przez kogo?
Chciałoby się wiedzieć, co? Nie ma tak dobrze. Wymyśliłaś se...

już zapomnianych. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero krzyk matki, oświadczający dobitnie, ze pora już do szkoły:
To po co jej ten budzik?
Żeby go mogła rozbijać i utrzymać się na tronie. Respekt dla władzy musi być. 
Ach... Autosugestia. "Mam władzę, mam władzę"

– Clarisso Fray, szkoła to nie ośrodek relaksacyjny, do którego przychodzisz wtedy, kiedy chcesz! – Jocelyn wetknęła głowę do pokoju dziewczyny przez szparę w drzwiach,
Tę w dziurce od klucza.

robiąc przy tym niesamowicie niezadowolona minę.
Trudno mieć zadowolona minę, kiedy trzeba wpychać twarz przez szparę przeznaczoną do wkładania klucza.
Może ona jest kluczem do zagadki, dlaczego nie zajmujemy się teraz czymś konstruktywnym?

 – Nie, mamo, to tylko zakład dla psychicznie chorych… A tam też nie chcę się pokazywać! –
Tam się nie pokazuje. Tam się siedzi.

Odburknęła nastolatka w odpowiedzi, doprowadzając rodzicielkę do skrajnej furii.
Słabe nerwy, oj , słabe...

– Rusz się!



Clary przewróciła teatralnie oczami i wsparła się na łokciach, rzucając kobiecie protekcjonalne spojrzenie.
– Spróbuj mnie zmusić!
– Simon mówił, że ma dla ciebie niespodziankę. – Jocelyn uniosła brew, przyglądając się córce, która przez te wszystkie wydarzenia
Ale jakie wydarzenia? Dlaczego pisaneczka musi nas utrzymywać w takiej niewiedzy? 

tak bardzo się zmieniła, że niemal jej nie poznawała.
Tak, unoszenie okna z domem, rozbijanie budzika, lunatykowanie i czytanie karteczek to takie traumatyczne przeżycia, że jej córka przestała rozpoznawać własną matkę... Albo to matka nie poznawała córki? Ja przestałam odróżniać podmiot!

Ilu rzeczy o niej nie wiedziała? Zapewne wielu. 
Żebyś się nie zdziwiła.

I najgorsze jest to, ze nigdy się nie dowie… Ta mała kokietka pilnie strzeże swoich tajemnic.
Bardzo pilnie. Normalnie trzyma tajemnicze karteczki w sejfie zakopanym pod drzewem strzeżonym przez Argosa.
Mnie zastanawia użycie tutaj wyrazu "kokietka".

-COOO? Jaką? Czemu ja się dopiero teraz o tym dowiaduję!? – Dziewczyna zerwała się z łóżka w niesamowitej prędkości,
Prędkość należy tu rozumieć jako stan naiwności i nie dostrzegania manipulacji ze strony otaczającego ją świata. Znany pod inną nazwą "zauroczenie". Często mylony z dużo poważniejszym stanem Medycznie Irracjonalnym Łączącym Objawy Ślepoty, Cholery i Influenzy (w skrócie stanem MIŁOŚCI).
Prędkość:
- wartość: niesamowita
- punkt przyłożenia: łóżko
- kierunek: nieznany,
(Jak to? Znany ze "Świtezianki" A. Mickiewicza - "Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny". Nie ma to jak niezawodny wieszcz, przepowie nawet kierunek prędkości opkowej pohaterki.)
- zwrot: przeciwny do zwrotu Mhrocznego Wektora

zgarniając z stojącego krzesła ubrania
To dobrze, że ze stojącego, bo byłoby dziwnie gdyby zgarniała rzeczy z tańczącego kankana, śpiewającego "Odę do radości" i kolekcjonującego motyle krzesła.
Krzesło właśnie stało na baczność, salutując przed monarchinią tego pokoju w obawie przed roztrzaskaniem na 75 kawałków. 

przygotowane specjalnie na ten dzień i łapiąc w biegu szczotkę do włosów.
Rzuciło ją to stojące krzesło, żeby nie było. 
Podrzuciło i wykopało nogą.

Pięć minut później była już gotowa do wyjścia.
Jocelyn popatrzyła na nią z rozbawieniem.
– A co gdybym powiedziała, ze żartowałam? – mruknęła z ironią.
Ta ironia jest tutaj czysto hipotetyczna.



– To bym powiedziała, że jesteś najgorszą … matką na świecie. – Clary ugryzła się w język. Jej mama nie tolerowała przekleństw, a tym bardziej, nazywania jej w niecenzuralny sposób. Zupełnie nie można zrozumieć tego wcześniejszego pokolenia. Z reszta, trudno było jej się dziwić…
– Clary – rzuciła ostro – Jak ty się wyrażasz?
Wulgaryzmy też są czysto hipotetyczne.
Clarissa zaczyna cierpieć na rozdwojenie jaźni.

– Nie wyrażam się, tylko mówię. – Burknęła dziewczyna. – A teraz chcę wyjść do szkoły, a ty skutecznie blokujesz mi to swoją osobą. Możesz?
Burknięcie naszej Clary było tak szokujące dla narratora, że nie mógł się powstrzymać od użycia wielkiej litery.

Zmierzyły się wzrokiem. Jocelyn w końcu odsunęła się z westchnieniem od drzwi,
O łaskawa...

[przepuszczając córkę.
Nawias kwadratowy ma tutaj zwrócić uwagę Czytelnika na poważny problem konfliktu pokoleń.

Musnęła ją ręką po ramieniu, kiedy ta przechodziła, na co Clary odwróciła zaskoczona głowę.
Która "ta"?
Może ta prawdziwa Clarissa?

– Co znowu?
– Nic… Baw się dobrze.
– Yhym.

***

– Clary! Wreszcie jesteś. – Kiedy tylko przekroczyła mury szkoły w blasku chwały i aplauzie tłumów, Simon Lewis podbiegł do niej podekscytowany. Popatrzyła na niego podejrzliwie.
– Co knujesz? Mamuśka mnie zerwała z łóżka specjalnie, żebyś mógł mi coś powiedzieć, więc uznałam, ze to na tyle ważne, by zaszczycić moja osobą ten przeklęty budynek.
Angst taki wielki.

– Kiedy ty oduczysz się tego sarkazmu? –
Zdaje się, że już się oduczyła. *Natarela cmoka z dezaprobatą* "Sarkazm" to nie synonim od "chamstwo".
To nie jest chamstwo. To tylko efekt hamerykańskiego, bezstresowego wychowania.
To racja.

Odparował zgaszony chłopak.
Biedny Simon. On już przeczuwa, że pozostanie w friendzone.



– Nigdy. – Clary wyszczerzyła do niego zęby. – W końcu uczył mnie mistrz.
Chyba nie miał oryginalnego certyfikatu.

– Taak. Niewątpliwie. – Simon pokiwał głową. – A właściwie, skoro już o tym mowa…
Clary rzuciła mu zaintrygowane spojrzenie, pomieszane ze złością. Nie lubiła tego tematu, a jednocześnie tak bardzo chciała się czegoś dowiedzieć… Chłopiec wcisnął jej kopertę w dłoń.
– Przeczytaj.
Przechyliła głowę zaintrygowana i otworzyła kopertę.
Drogi narratorze. Trzy linijki wcześniej zaznaczyłeś już, że jest zaintrygowana. Nie, nie musisz zakładać, że Czytelnik ma sklerozę albo Alzheimera. Tak, wciąż o tym pamięta. Wszystko jasne? To idziemy dalej.

Serce zabiło jej mocniej.
To pismo. To znajome pismo.
To samo, które jeszcze dziś rano podziwiała. To samo, którym były pokryte jej zeszyty. To samo…
Czyżby to było jej pismo? Ja rozumiem, że teraz dziwne rzeczy się zdarzają, no ale to jej zeszyty...
Wszyscy się zawsze zapierają, że to nie ich pismo.

Podniosła głowę wpatrując się intensywnie w przyjaciela.
– Skąd to masz?
– Dostałem.
– Od kogo?
– Zgadnij. Przecież to twoje pismo...– Simon uśmiechnął się ironicznie. Widział już w jej oczach radosne ogniki. Gdyby nie to, że jej tak bardzo ta wiadomość się spodoba, nigdy nie zgodziłby się zostać powiernikiem tego pedała.
Powiernik Pedała. Brzmi złowieszczo. 

Trzy pedały elfowym władcom szlachetnego miana
Siedem krzatów monarchom w działu sportowego sal koronie
Dziewięć ludzkim istotom, którym śmierć pisana
Jeden dla Władcy Ciemności co trwa na mrocznym siodełku
Na rowerze, moc którego zwycięży niechciana
Ten Jedyny by rządzić wszystkimi
Ten Jedyny by wszystkie odnaleźć
Ten Jedyny by zebrać je wszystkie i na świeżym powietrzu łańcuchami zespolić

Na rowerze, moc którego zwycięży niechciana


Ale dla Clary wszystko, nawet kosztem tego, że ona na niego takimi oczami nigdy nie spojrzy.
Właśnie patrzy na ciebie takimi oczami, geniuszu.

Clary wrzuciła z impetem kartkę do torby, aż zadudniło i odbiegła w kierunku boiska, nie mówiąc już ani słowa.

***

Całe szczęście, droga na boisko do footballu nie była długa ani za bardzo kręta, chociaż to może i źle, bo nie miała czasu poukładać sobie tego wszystkiego w głowie.
Kręte drogi zawsze sprzyjają rozmyślaniom.
Narrator to tak przedstawia, że jest jej przykro, że droga nie była długa, bo nie mogła rozmyślać, a tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby nie dostała, broń Boże, zadyszki!

Jak? Jakim sposobem on, jak gdyby nigdy nic znowu tu się pojawia,
Obstawiam samolot, ale nie wykluczam też pociągu.
To przecież ukochany pohaterki. Mógłby przebyć każdą odległość nawet na kolanach, byleby tylko móc znaleźć się u jej boku.

nie mówiąc ani słowa, podrzucając tylko lakoniczne informacje na karteczka.
Czy Karteczka to jakiś nowy serwis społecznościowy?
No co ty! A Kryśka nie miałaby na nim swojego konta?

Na boisku przed lekcjami.
I tylko tyle – zwykła, malutka karteczka, na której wypisane zostały tylko 4 słowa.
Nic więcej.
Pssyt! Była jeszcze ta efektowna koperta!


Wyobraźnia Clary działała już na pełnych obrotach, wyobrażając sobie,
Wyobraźnia, która sobie coś wyobrażała? Ktoś tu chyba faktycznie potrzebuje dłuższego pobytu w zakładzie dla chorych psychicznie.

ze on stoi tam z jej białą różą w reku, czekając na nią.
Ja tam bym nie chciała dostawać swoich rzeczy w prezencie. To takie nieco kłopotliwe.
Widać, że nasz bliżej nieznany z imienia kierunek prędkości Clarissy jest niepraktycznym romantykiem.


Że wrócił tylko dla niej, już na zawsze… O, jaka była głupia!
Panna przejawia tu naprawdę dużo zdrowego rozsądku jak na pohaterkę opka.
Może to pozostałość po jej pierwowzorze, myślisz?

Mina zrzedła jej w tym samym momencie, w którym dostrzegła zarys trybun, na których siedziała większa część damskiej części tej szkoły.
Nasza Clarissa miała naprawdę dobry wzrok. Wystarczy jej sam zarys trybun, aby wiedzieć, że siedzą tam tylko dziewczyny i to większa część damskiej części tej szkoły.
A siedziały tam w celu? Trollowania Clary? Czy może wszystkie były w stanie prędkości do tajemniczego obiektu o skrzydlatej twarzy?

Każda z białą różą w rękach. Stanęła jak wryta, wpatrując się z otwartymi ustami w ten obrazek. I on. Tam na dole, pod trybunami, z koszykiem pełnym kwiatów. Zamknęła buzię i zacisnęła zęby
Nieco dziwnie by wyglądała, gdyby zacisnęła zęby, nie zamykając swojej... Eee... Buzi...



Co on sobie myśli? Taką szopkę odwalać? Nie… Ja to ukrócę.
Zaraz, zaraz... To już chłopak nie może być dżentelmenem i nie wolno mu rozdawać róż przypadkowym dziewczynom, bo jego luba jest zazdrosna?
Miałaby prawo być zazdrosną, gdyby dał różę tylko jednej w obecności większej części damskiej części tej szkoły.
A właściwie skąd wniosek, że to on dał im te róże? Może czekał na swoją wybrankę z tym koszykiem białych róż, a ta większa część damskiej części tej szkoły miała takie same przez czysty zbieg okoliczności. Po za tym logicznie rzecz biorąc, gdyby rozdawał im róże z koszyka, skutkowałoby to brakiem róż w koszyku, nieprawdaż?

Wyprostowała się i odgarnęła kosmyk miedzianych włosów z twarzy, po czym z wyraźną pogardą w oczach pomaszerowała w kierunku zbiegowiska.
Zbiegowisko powstało na skutek utraty przytomności przez jedną z obdarowanych panien z większej części damskiej części tej szkoły.

– Sebastianie Verlac, dobrze się bawisz?
Daj mu spokój, on robi jej sztuczne oddychanie!




Drugi.

Dostajemy dopisek od pisaneczki. Miło, prawda?/

Odpowiadając na zadane pytanie: Tak, fabuła opowiadania ma wiele wspólnego z wydarzeniami mającymi miejsce w Mieście Kości Cassandry Clare jak i reszcie książek o Nocnych Łowcach tejże autorki.
RIP Kanonie. RIP Całkiem Fajni Bohaterowie. RIP Logiko i Sensie.

To już minął ponad miesiąc, od pojawienia się znowu Sebastiana w Nowym Jorku, pomyślała chaotycznie Clary ze smutkiem, odrywając kartkę z kalendarza naściennego, zawieszonego przy drzwiach kuchni, razem z tablicą korkową, w tym momencie zapełnioną tysiącem małych, samoprzylepnych karteczek o niezidentyfikowanym znaczeniu.
Ta informacja będzie zapewne kluczowa dla fabuły. Na jednej z tych karteczek na pewno jest napisane coś w rodzaju "Jutro o 11 twój pies będzie martwy". 
Po co do tablicy korkowej przyczepiać samoprzylepne karteczki, tego nie łapię. Chyba korkowa jest właśnie po to, żeby zaoszczędzić na karteczkach..?
Ale co tam detale. O wiele bardziej szokujący jest fakt, iż pisaneczka napisała tak długie zdanie, że potrzebowało własnego akapitu!

Sebastian okazał się największym dupkiem, jakiego spotkała.
Ale dlaczego nie dowiemy się już nigdy. Chyba, że poszło o te róże, to wtedy tracę wiarę w opkową młodzież.
Sama powiedz, czy ktoś, kto daje kwiatka innej dziewczynie, zasługuje na bycie chłopakiem naszej cudnej pohaterki?

Od tamtej sytuacji na boisku nie odzywali się do siebie, a swojej obecności nawet nie aprobowali. A w nie swojej obecności chcieli, ale coś im przeszkadzało. Mijając się na szkolnym korytarzu rzucali sobie pogardliwe spojrzenia, a fakt, że nie mieli ze sobą żadnych zajęć, był dla niech niezwykle fortunnym zbiegiem okoliczności. 
Co go tak zmieniło, nie rozumiała i nie chciała zrozumieć.
Pohaterka szła na łatwiznę, że tak powiem. 
Mary Sue usiłująca zrozumieć innego człowieka? Nawet nie żartuj!

Stał się dla niej nikim, chociaż każde to spojrzenie, w którym odkrywała się jego niechęć do niej,
Niechęć do niej odkrywała się sama w jego spojrzeniach...


  








bolało ją, jakby ktoś sztyletami przebijał jej serce. Nieraz zadawała sobie pytanie, gdzie był i co się z nim stało, że jego nastawienie do niej uległo zmianie. Czuła się jak człowiek, który musiał odstawić narkotyk, a ktoś inny podstawiał mu go pod nos. Doświadczenie nieprzyjemne, a doznała go na własnej skórze. 
Czyli już wiemy, co tak zmieniło naszą pohaterkę do takiego stopnia, że nie poznawała własnej matki lub na odwrót.
Szkoda, że nie wspomniała wcześniej. Ciekawe jaki narkotyk?

Podniosła torbę z książkami i wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi na klucz. Nie spodziewała się, ze w ten zimowy poranek będzie się chciało komuś ruszyć tyłki do szkoły,
Łał, ludzie mają tam po kilka tyłków? Zawsze wiedziałam, że te hamerykańskie filmy zakłamują rzeczywistość. Nie da się jeść tyle radioaktywnej żywności i nie ponosić konsekwencji.

ale miała nadzieję, że chociaż Simon nie okaże się takim przygłupem by darować sobie bitwę na śnieżki podczas wu-efu.
Bo przygłupy darują sobie bitwę na śnieżki, a pohaterka, jako ich degustatorka, nie chce, aby Simon się takim okazał i zrezygnował z takiej zabawy. Kłóci się to wprawdzie z wizerunkiem Clary Egoistki-Buntującej-Się-Przeciw-Wszystkiemu i Nic-Mi-Nie-Pasuje, ale co tam. Wszak zimowa frajda jest ponad takie błahostki oraz inne drobiazgi w stylu poprawnego zapisu skrótów.


Nie zdążyła oddalić się na sto metrów od domu, kiedy ogromna piguła śnieżna rozpłaszczyła się na tyle jej głowy, sprawiając, ze jej głowa znajdowała się w samym środku małej zamieci śnieżnej.
Małe i Duże Kule Zamieci dostępne u Jocelyn po ukończeniu questa "Posprzątać pokój".

Odwróciła się, a napięcie zaskomlało żałośnie, by zobaczyć, kto miał czelność zakłócić jej drogę do szkoły i stwierdziła z uśmiechem, że nie mógł się trafić jej nikt lepszy.
- Simon!
- Strzeliłem heada- wyszczerzył do mnie zęby
Simon ma chyba moc rozmowy z narratorem. 
Albo narratorka ma do niego słabość.
Samotny jest, biedaczysko. Wie, że Clary uzna go za idiotę, jeśli się do niej wyszczerzy. Więc szczerzy się do narratorki.
Na co ona popadła w stupor i nie zauważyła drobnego potknięcia w zapisie, z którego wynika, że uśmiech Simona powiedział całe zdanie!

i popdbieł, by uścisnąć ją na przywitanie. 
Czyżby chodziło o podbiał? A może o "dbienie" popa, cokolwiek to znaczy?

– jeden zero dla mnie.
- Nie, to był spalony – odparła Clary walcząc z atakiem histerycznego śmiechu i kopiąc najbliższą zaspę śnieżną. To było niesamowite, by w tak krótkim czasie większość ulic Nowego Jorku pokryła się tak idealną rzeczą, jaką jest śnieg.
Mniejszość ulic Nowego Jorku urządzała w tym czasie demonstrację przed Białym Domem, protestując przeciwko dyskryminacji pogodowej, na skutek której nie zostały uwzględnione w ostatnich opadach śniegu.

Delikatny, biały, zimny i taki doskonały w swej lodowej strukturze.
- Jakbyś odróżniała spalone od karnych, to byłbym z ciebie dumny – odparł chłopak, dając jej kuksańca w bok. Clary w odpowiedzi popchnęła go na górkę śniegu, tak miękką, że gdy do niej wpadł, widać było mu tylko czubek głowy.
Czy kwestię śniegu trzeba komentować?

Ze śmiechem podała mu rękę i pomogła wybrnąć ze zwału puchu. Okulary mu się tylko przekrzywiły, ale widać było czającą się rządzę mordu w jego oczach.
O nie! On został zarażony wirusem Dysortografus Totalus! Zaczyna się od RZądzy mordu w oczach, później są krUtkie utraty pSZytomności i bUle rONk, a na koniec najgorsze - RZułte Ószy... Strzeżcie się i bądźcie czujni. Każdy może być zarażony. 

- Przeklęta Fray! Zapłacisz mi za to!
I tak rozpoczęła się Pierwsza Tej Zimy Wojna Na Śnieżki W Pierwszy Zimowy Dzień Kiedy Spadł Śnieg W Której Po Raz Pierwszy Użyto Małych Kul Zamieci Albowiem Za Duże Trzeba Było Umyć Okna.
Kilka minut później, kłócili się o to, kto wygrał bitwę.
Kłócili się o to, gdyż strona przegrana miała zapłacić wysokie odszkodowania i zapewnić dach nad głową bezpańskim przecinkom.

W końcu Simon machnął ręką.
- Nieważne. Remis. I cos* mi się przypomniało.
- Co? – Clary uniosła pytająco brew.
*COS - skrót od Całkowite Oszyldwachowanie Sorbetów

- Pamiętasz, jak twoja mama miała dla ciebie wiadomość, że ja mam jakąś niespodziankę specjalnie dla ciebie przygotowaną?
Facet, to było ponad miesiąc temu! Ty się nawet nie łudź, że ona pamięta.

Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie.
- Ciężko zapomnieć, nie uważasz? – Spojrzała na niego z ukosa i zacisnęła wargi.
- Ou, sorry, może nie powinienem zaczynać od tej strony…
- Nieważne. Mów. – odparła siląc się na neutralny ton.
- No to niespodzianka jest taka, uwaga, uwaga, fanfary, że przyjeżdża nowy chłopak do naszej szkoły. Ze Szwajcarii. – ostatnie zdanie wymówił z nutą podziwu i zazdrości, co niesamowicie rozbawiło jego przyjaciółkę. 
A to dotyczy Clary, ponieważ..? Ma zamiar podarować jej szpanerski zegarek?

–Eee… Wow? – Zapytała z ironią dziewczyna.
Moja droga. Czyżbyś nie zdawała sobie sprawy, jak rzadką rzeczą jest nowy uczeń w nowojorskiej szkole? Simon wie o tym tylko dlatego, że jest koordynatorem komitetu powitalnej.
Narrator też się jej dziwi, stąd Zapytanie z dużej litery.

- O matko, nie rozumiesz powagi sytuacji. Dziewczyny. – Wzruszył ramionami i pokręcił głową z rezygnacją.
Najwyraźniej tylko męski, ścisły umysł może pojąć ogrom tej tragedii/radosnego festynu.

- Jak będzie niesamowicie przystojny to pogadamy. – zaśmiała się Clary.
- Dziewczyny… – powtórzył jak echo Simon, po czym włożył ręce w kieszenie i ruszył przed siebie, nie odzywając się już do końca drogi.


***
Pożegnała się szybko z Simonem w szatni, z przerażeniem odkrywając, ze jest już dziesięć minut po dzwonku.
Troska o ewentualne spóźnienie też nie pasuje do Clary. Chyba, że mamy tu nową, odmienioną przez traumatyczne zerwanie Clarissę.

Puściła się biegiem na trzecie piętro budynku i gdy minęła zakręt, wpadła na kogoś, kto również już od dawna powinien być na zajęciach.
- Jak ty chodzisz! – Jęknął z pretensją Sebastian, odpychając ją od siebie w momencie zderzenia.
Wygląda to tak, jakby już wcześniej ją widział, a jednak dopuścił do zderzenia.
Ja bym poszła jeszcze dalej. On specjalnie włóczył się po korytarzu w czasie lekcji, żeby móc się zderzyć z Clary i obrzucić ją paroma... ekhem... ripostami. Jego zaznaczone przez narratora Jęknięcie na to wskazuje.
 
Clary odsunęła się o dwa kroki, wydęła wargi i wzięła się pod boki, przechylając głowę w bok.
- Jak ty możesz jeszcze istnieć! – Odparła złośliwie, miażdżąc go spojrzeniem.
Mówiłam, że certyfikat był sfałszowany.
Dyplom narratora chyba też. #kompromitacja_nieznajomością_zapisu_dialogów 
Ale że jestem litościwa, specjalnie dla narratora jeden króciutki artykulik na ten temat.

Sebastian parsknął śmiechem, na co zdegustowana dziewczyna
Była niezadowolona, ponieważ Sebastian nie poddał się miażdżącej sile jej spojrzenia.
Gdzie ona tych nauczycieli znajduje.
W karczmie "Pod ciętym dowcipem".

teatralnie otrzepała swoje ubranie. – Nie pluj na mnie.
Chłopak zrobił znudzoną minę.
- Trochę rozumu by ci nie zaszkodziło, Fray.
- Udław się dżemem.
To... To jest żart prawda? *bezsilny śmiech*
Daaawnooo się tak nie uśmiałam. Chyba ostatnio przy tym serialu komediowym "Wiedźmin".














- Tylko, jeśli mnie nim nakarmisz. – Sebastian wyszczerzył do niej śnieżnobiałe zęby(pasta Colgate 3D white).
Drodzy Czytelnicy! Niech ta straszliwa chwila, kiedy to komercja wdarła się do opków, zostanie nam na zawsze w pamięci.

- Bądź tak miły i zejdź mi z drogi. – Burknęła i ruszyła przed siebie, wymijając go.
Tak naprawdę jej Burknięcie było tylko odwróceniem uwagi od tego co robiła. Wiedziała bowiem, że Sebastian nie jest miły i jej nie posłucha, więc posunęła się do fortelu. Ruch jest relatywny i zależy od układu odniesienia, więc jeśli za takowy obierzemy Clary, okaże się, że to Sebastian zmienił położenie względem niej! Jak tu nie kochać Mary Sue z ich prostą zasadą, że nawet jeśli coś wydaje się, że zrobiły bezsensu, to ma ukryty sens?

- Aj, aj, aj, mała Clary jest na mnie zła? Ojejku jejku.- Krzyknął za nią przesłodzonym głosem, ale nie ruszył się z miejsca, bojąc się by nie wpaść w kolejną pułapkę naszej zabójczo inteligentnej pohaterki, trzęsąc się ze śmiechu.
Dziewczyna sapnęła ze złości i odwróciła się do niego ostatni raz.
- Tylko sieroty życiowe są złe na kogoś. – Powiedziała lodowato – Ja jestem zła z natury i wściekła na ciebie z zasady!
O nie! A ja jestem tak strasznie zła na narratora, że wciąż nie przeczytał o poprawnym zapisie dialogów i 3 razy z rzędu postawił dużą literę, tam gdzie nie powinien! Wychodzi na to, że jestem sierotą życiową...

Po czym otworzyła z impetem drzwi do klasy, pozostawiając swojego byłego z wyrazem zaskoczenia na twarzy samego na korytarzu. Potem biedny Sebastian udał się do szkolnego psychologa, aby wylać swoje wszystkie smutki i wyznać, że jest maltretowany psychicznie.
Całe szczęście, że pan Roberts, jej nauczyciel od francuskiego, zawsze spóźniał się na zajęcia. Nic więc dziwnego, że jej spóźnienie zostało skrupulatnie, w zeszyciku odnotowane tylko przez jedną osobę w tej klasie. A mianowicie kogoś, kogo w tym pomieszczeniu nigdy, przez cały jej okres nauki w tej nędznej placówce, nie było.
To całkiem logiczne. Osoba nigdy nie była w tym pomieszczeniu, przez cały okres swojej nauki w placówce w której jest pomieszczenie. Choć nie wiem, jak z tego zdania można wysnuć wniosek, że ta osoba jest nowym uczniem. Może to też być kontrola z kuratorium. Tudzież z amerykańskiego odpowiednika. Kontrola z pewnością by odnotowała.

Nowy kandydat na kierunek prędkości, przemknęło jej przez myśl. Ale najgorsze było to, że koleś siedział na jej miejscu.
Złe było zapewne to, że nie był niebieskookim blondynem i nie wpatrywał się w nią z zachwytem. 
Jeszcze.

Które nie było jedynym wolnym w tym pomieszczeniu. Zacisnęła ze złością ręce, wbijając boleśnie palce w skórę, tak, że gdy kilka minut później,
Przez te kilka minut wpatrywała się swoim miażdżącym spojrzeniem w dwa zabłąkane przecinki, które jednak tak jak uprzednio Sebastian nic sobie z niej nie robiły, tylko dalej beztrosko egzystowały na przekór zasadom interpunkcji.  

rozluźniła uścisk, miała odciśnięte czerwone półksiężyce na bladej skórze.
Ja tam nic nie chcę mówić, ale to chyba powinno być na odwrót. Chyba że ma dermografizm, to niech będzie. 

Prychnęła pogardliwie i ruszyła w kierunku chłopaka, układając w głowie wiązankę, którą mu puści.
Ławka, na której były jej rysunki, a po za tym najlepszy punkt obserwacyjny – pierwsza z lewej strony klasy, od okna, potrzebowała tak długiego opisu, że pisaneczka zapomniała dołożyć orzeczenie. Wszyscy unikali jej jak ognia z powodu nieprzyzwoitych rysunków na blacie oraz imponujących rozmiarów pleśni rozwijającej się na podłodze, ale ona wiedziała swoje – tu nigdy nauczyciele nie pytali (zapewne z powodu zapachu), nie zwracali na nią uwagi, choćby wyciągnęła zeszyt na sprawdzianie – nie to, że jej to się zdarzyło, ale Simonowi owszem – więc gdzie miałaby indziej usiąść?
Czyli to była jej ławka, na której rysowała, ale to Simon pisał w niej sprawdziany?
A może... Może Clary jest schizofreniczką? A Simon jej wymyślonym przyjacielem? To by dużo rzeczy tłumaczyło...

W tej klasie bardzo łatwo można było zauważyć, jaka panuje w szkole hierarchia ważności, oraz jakie „grupy społeczne” do niej uczęszczają.












Co robi przecinek przed "oraz"?! Co robi ja się pytam?!

Wystarczyło spojrzeć, kto, gdzie i z kim siedział. Najwięksi rozrabiacy, a jednocześnie najbardziej rozrywani osobnicy w tej placówce(głównie przez różowe lale), mający przerośnięte ego i arogancję wypisaną na czole siedzieli na samym końcu, pilnowani przez nauczycieli całe 45 minut lekcji bez przerwy.
Widać, że to Hameryka. W Polsce usadzono by ich w pierwszej ławce. Z tak samo miernym skutkiem.

Był czas, gdy Clary spędzała z niektórymi z nich większą część swojego czasu, nie tylko w szkole. Kiedy należała do elity lubianych. Ale to było zanim Sebastian wyjechał z miasta i cały misterny plan przejęcia władzy w szkole upadł. Przed nimi siedziały wyżej wspomniane cukierkowo – maślane kukły, sterowane przez puder,
Mamy nowego antagonistę. Pokłońcie się przed Pudrem Nieskończonym Władcą Wszystkich Umysłów.
W dalszej części są wymienione kosmetyki sądzące, że będą razem z Pudrem Nieskończonym Władcą Wszystkich Umysłów władać Jedynym Pedałem. Skipnęli się przez Palantir i niedługo zaczynają budować dla niego armię pastelowych orków. Naiwniacy. Myślą, że Puder Nieskończony Władca Wszystkich Umysłów podzieli się władzą. Niedoczekanie ich.

podkład do twarzy, tusz do rzęs, błyszczyk, lakier do włosów, prostownicę łamaną na lokówkę, wysokie obcasy, obcisłe bluzki… I kilka innych, jakże niezbędnych artykułów rodem z piekła nazywanego potocznie drogerią.
I tam oto, w mrocznej otchłani, czai się owo plugawe ZUO.

Zwykle bogate, po kilku operacjach plastycznych, dzięki którym usta miały rozmiar przeciętnego mózgu a piersi wyglądały jak przerośnięte arbuzy. A wszystko to tylko po to, żeby, kiedy się pochylą, chłopakom wyszły oczy na wierzch i zachłysnęli się własną śliną.
A to po to, żeby, wyeliminować słabsze osobniki płci męskiej, które są nieodporne na kobiece wdzięki i nie potrafią patrzeć głębiej. I w taki oto sposób dobór naturalny wyeliminuje samców płytkich.

Siedziały na zajęciach, głównie nakręcając włosy na palce i rzucając filuterne, ich zdaniem, spojrzenia ku tylnim ławkom.
Tak naprawdę były to mordercze spojrzenia spode łba pełne mizantropijnej nienawiści i niechęci do innych. 

Clary nigdy nie usłyszała od nich dobrze wypowiedzianego zdania złożonego. Zawsze źle akcentowały słowa "konfabulacja", "apologetyka" i "permisywizm". Potem rząd szarej mniejszości, w którym właśnie ona siedziała, niczym niewyróżniających się uczniów.
Taaak? To już nie w pierwszej ławce "z lewej strony klasy, od okna"?

Zwykłych, nieudzielających się w życiu szkoły, takich sobie dzieciaków. Ni pięknych, ni brzydkich, normalnych, – ale też nie za bardzo lubianych. Nie wybijali się w nauce, nie mieli wybitnych osiągnięć. Egzystowali i nikt nie miał im tego za złe.
Może zasady interpunkcji miały, - ale i tak nikt się z nimi nie liczył.

W pierwszych ławkach siedziały znienawidzone przez wszystkich „kujony”. Ci ludzie tworzyli swoją własną elitę, obnoszącą się swoją wątłą inteligencją.
Dobra, a więc gdzie siedzieli prawdziwie inteligentni ludzie?
W domu siedzieli, ponieważ nie kręciło ich rzucanie śnieżkami.


Klasa durni i kretynów. I ona jedna, samotna, skromny blask geniuszu. A kolejny przedstawiciel tego gatunku zajął moje miejsce .
Narratorze, spokojnie. Rozumiemy, że jest ci ciężko, gdy ktoś zmienia narrację na pierwszoosobową, ale to nie jest powód do wyzywania bohaterów opka! Po za tym reagujesz zbyt impulsywnie, do niczego takiego jeszcze nie doszło.

Podeszła do niego i kopnęła krzesło, na którym siedział blondyn.
A tego to już zupełnie nie rozumiem. Powiedzmy, że miałoby to prymitywny sens, gdyby kopnęła swoje krzesło, na którym siedział nowy chłopak, ale po co kopać stołek jakiegoś blondasa!
Próba generalna. 

- Mógłbyś z łaski swojej ruszyć swój tyłek z mojego miejsca? – Burknęła do niego. Chłopak odwrócił się do niej, jakby speszony.
Jakby speszony. W rzeczywistości była to tylko gra aktorska. Nowy Gary Stu wszystko to zaplanował, aby oczarować naszą Clary.

- Nie wiedziałem, że ktoś tu siedzi. – Odparł, pretensjonalnym głosem, przeciągając sylaby, jak mieli to w zwyczaju wielcy panowie z ostatniego rzędu. Clary zlustrowała go spojrzeniem, zatrzymując wzrok na bardziej charakterystycznych cechach blondasa. Jedno oko zatrzymało wzrok na jego oczach, drugie na bliźnie ciągnącej się przez prawy policzek, trzecie na niecodziennym kolorze jego spodni, a czwarte podejrzliwie łypało na to trzecie, rozważając wytknięcie narratorowi braku logiki tego zdania.
Piąte zaś podziwiało przez rentgen wyszczerbiony kieł blondyna.

Pierwsze, co jej rzuciło się w oczy, był jego ubiór. Niby taki klasyczny, ale widać było, że coś z tym ubraniem jest nie tak. Zielony T-shirt i czarne rurki. Nic wymyślnego, nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia, a jednak naszą Clary niepokoił. Lubiła bowiem snuć bezsensowne rozważania w związku ze zwyczajnym ubraniem
Zauważmy, że to jedyny opis ubioru w tym opku.

Specyficzny materiał? Różowy nadruk z Hello Kitty? Może, nie wiedziała jednak, że brak nawet tak krótkiego okolicznika jak "na pewno" może podważyć sens całego zdania. Nie miała takiego wyczucia jak jej matka, by określić, z jakiej tkaniny, czy w ogóle z tkaniny jest zrobione ubranie, w jakim kraju wyprodukowane i w jakim roku i czy robiona była przez dzieci za miskę ryżu.
Nie martw się Clary, bardzo niewiele osób potrafi stwierdzić jak i gdzie i kiedy zostało zrobione ubranie na podstawie jedynie wyglądu ubrani, która zmienia rodzaj w środku zdania.

Potem widziała szczupłe, ale wyraźnie umięśnione ciało. Odpowiednio umięśnione.
Może dlatego jego ubiór budził zastanowienie? Mało kto przecież wkłada na siebie przeźroczysty podkoszulek...

Ładne, smukłe dłonie i palce, jakby wyćwiczone od gry na jakimś instrumencie. Być może pianino, albo fortepian. Jego twarz była taka… zjawiskowa. Zdumiewająca, trochę jakby sztuczna, razem z tym przepraszającym, plastikowym uśmiechem, przyklejonym do plastikowej twarzy.
Uff, a już myślałam, że to kolejny kochaś dla naszej Mary Sue. Na szczęście to jakiś stary model terminatora, może T-400, bo T-600 to miał już jednak gumową powłokę, a nie plastikową.

I oczy, które przy głębszym zastanowieniu zmazywały nienaturalność z jego fizjonomii. I chyba one były najbardziej zdumiewające – jasne, bursztynowe, z ciemnymi plamkami, ciepłe i zimne, głębokie i płytkie.
Ja tam bym powiedziała, że to oczy są najbardziej nienaturalne z całej jego fizjonomii, skoro jedno oko ma ciepłe i głębokie, a drugie zimne i płytkie. Pomijając kwestię głębokości oczu, rzecz jasna, bo to już wykracza poza wszelkie prawa anatomii.
Głębokie oczy mogą być przyczyną zmniejszonego mózgu.


Takie, z których nie dało się nic odczytać, tylko zagadkę.
To nic, czy zagadkę?
Mam! To będzie sfinks-milczek!
W sumie, może powinniśmy odczytać to dosłownie? Może on ma napisane wokół źrenicy "zagadka"?

Był taki…
Jak Sebastian uświadomiła sobie Clary z przerażeniem. Pamiętała to uczucie, kiedy po raz pierwszy go zobaczyła. Nie było takie samo, ale podobne… Przerażające, jakby stała nad przepaścią i modliła się o zbawienie, które nadeszło w tym samym momencie, co pierwsze słowa modlitwy.
Wybacz narratorze, że znowu się wcinam, ale to jest z deczko bezsensu, bo po co modlić się o zbawienie nad przepaścią (pomijając patologiczne przypadki)? Albo po co modlić się o zbawienie, które dostałeś zaraz jak zacząłeś? To ma taki sens, jak błaganie losu, żeby teściowa zeszła na zawał, kiedy zrobiła to w zeszłym tygodniu.
Jeśli się stoi nad przepaścią, to zamiast modlitwy, polecam się cofnąć. 

Prychnęła pogardliwie i potrząsnęła głową, ignorując pytający wzrok chłopaka. Gdzieś ulotniły się z niej te wszystkie słowa, które zamierzała mu powiedzieć, jak hel wypuszczony z balona.
- Ja tu siedzę i byłoby miło gdybyś raczył stąd pójść.
Zerwanie z panem S. naprawdę ją odmieniło. To najbardziej kulturalna wypowiedź pohaterki od początku opka.

- Ej, spokojnie. – Blondyn przekrzywił głowę próbując zajrzeć w oczy dziewczynie.
Ciekawa jestem, gdzie Clary miała te oczy umieszczone, skoro musiał przekrzywić głowę.
On po prostu usiłował ogarnąć wzrokiem wszystkie pięć.

– Po prostu z doświadczenia wiem, że to najlepsze, a zarazem najmniej oblegane miejsce.
Jak on powiedział? Zarazem? Z jakiej choinki on się urwał?
Słownictwo Clary jest naprawdę ubogie.
Powstrzymam się od, a nuż, bezzasadnego osądu w tej kwestii, wszak nie chcę wyjść na gołosłowną personę. W moim mniemaniu jałowe i nonsensowne są jakiekolwiek insynuacje i konfabulacje na ten temat, a ferowanie wyroków, czy nawet relatywne potępianie Clarissy Fray, na podstawie tej mało merytorycznej refleksji byłoby wielce nieadekwatne do reprezentowanego przez nas wyrafinowanego poziomu intelektualnego.
Buahahahaha!

- Ale jest moje i nie życzę sobie, żeby taki dupek na nim siedział. Więc spierdalaj.
Silna, niezależna kobieta, która nie na sobie w kaszę dmuchać! Potrzebujemy takich bohaterek!
Aczkolwiek jest to sytuacja odosobniona, o czym przekonamy się wkrótce. 

Blondyn uniósł brwi, zmieszany jej wybuchem. Wstał, podpierając się rekami o blat i pochylając się w jej kierunku. 
- A tak na przyszłość, to jestem Jace Wayland i od teraz ta ławka należy do mnie i do MOICH zmyślonych przyjaciół. – Mrugnął do niej ze zmieszanym uśmiechem, po czym pochylił się by wziąć swój plecak.
- Mało mnie obchodzi, jak się nazywasz, bylebyś sobie poszedł! – Westchnęła z ulgą, widząc, jak zakłada plecak na ramię. Popatrzyła na jego oddalające się plecy,
Plecy były niecierpliwe i nie mogły się doczekać znalezienia nowego miejsca. Ich pośpiech nieco zaskoczył twarz Jace'a, która wciąż wisiała w powietrzu szczerząc się do Clary.

po czym pochyliła się, żeby wypakować z torby książki do języka niwchijskiego.
- Mogłabyś być milsza dla naszego nowego kolegi, jeszcze sobie pomyśli, że wszyscy ludzie są tu tacy nienormalni… jak ty. – Clary usłyszała głos za sobą, najbardziej znienawidzonej pajęczycy przez wszystkie chorujące na arachnofobię dziewczyny na świecie. Samanthy. Odwróciła się powoli, mrużąc oczy.
- Lepiej, żeby myślał, ze jestem nienormalna, niż że jestem plastikową krową.–
Clary ma również swoją godność.

Dziewczyna zawarczała głośniej, niżby wypadało, na co Clary o mało nie wybuchnęła śmiechem.
Przeszkadzało jej paraliżujące przerażenie z powodu warczącej na nią olbrzymiej pajęczycy Samanthy

– Stawiam, ze nie masz u niego szans, inaczej od razu by się do waszej „paczki” dołączył. Ups, chyba musisz pogodzić się z rozczarowaniem.
Samantha zmierzyła ją pełnym pogardy spojrzeniem.
- Mnie pociągają tylko samce kątników, skakunów i tarantul. Ptaszniki zwykle uciekają, a terminatorzy w ogóle nie chcą się trawić. Po co mi taki partner? Nigdy nie wiedziałam, co Sebastian w tobie widział, Fray. Mała, zakompleksiona, a na domiar złego zjawiskowo głupia , mała dziwka. Dobrze, że cię rzucił, w końcu ktoś przemówił mu do rozsądku.
Clary zamroziło. Stała z otwartymi ustami patrząc się na dziewczynę.
Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś odzywał się do niej tak, ja ona sama do innych ludzi.
A może wreszcie sobie uświadomiła, dlaczego Samanthy oplata ją białą, lepką nicią?

Nie chodziło o same wyzwiska, bo była przyzwyczajona do słuchania ich od Samanthy, ale dotknięcie sprawy Sebastiana, było ciosem poniżej pasa. Co z tego, ze pokłóciła się z nim raptem pięć minut temu?
No właśnie. Co z tego?

- Jak… Śmiesz… Mówić… O… Sebastianie… W… Ten… Sposób… – wycedziła ruda kostka smalcu przez zęby, na co ta druga roześmiała się.
Miała do tego pełne prawo, bo główna Pohaterka zapomniała najwyraźniej, że cedzenie słów przez zęby nie oznacza niełapania oddechu po każdym słowie.

- Co, ciągle przykry temat? Ciągle boli?- Zachichotała szyderczo.- Chyba pora przywyknąć, w końcu ma nową dziewczynę.
I wyprostowała się z dumą, patrząc z niespodziewanym pobłażaniem na Clary.
- Uwiłam już dla niego bardzo przytulny kokon. Szkoda mi ciebie, bo jeszcze jesteś młoda, niedoświadczona i nie wiesz, że samca trzeba usidlić jak najszybciej, a później pożreć go żywcem. Mogę cię poczęstować nogą, jak chcesz.
- Jestem ciekawa, kiedy się mu gust zepsuł, to było tylko pół roku nieobecności – odparła bezbarwnym głosem dziewczyna, po czym odwróciła się i otworzyła zeszyt na pierwszej stronie.
Może po prostu marzy mu się syn-Spiderman?

Poczekała, aż tamta sobie pójdzie, po czym przerzuciła wszystkie kartki i zatrzymała się na ostatniej, którą jednym zwinnym ruchem wyrwała. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, czemu nie zrobiła tego wcześniej, czemu…
Czemu nie powyrywała sobie wcześniej kartek na kartkówki?! Zaoszczędziłaby tyle cennych sekund na powtórki! No czemu?!

Miała już wyjąć następny zeszyt, ale zorientowała się, ze nauczyciel wszedł do klasy, sądząc po zamieszaniu, jakie się zrobiło. Z westchnieniem otworzyła książkę na ostatniej lekcji i wpatrzyła się w nią tępo, nie reagując na otoczenie.
A może to nie nauczyciel? Może to inwazja zombie?! Albo wypowiedzenie wojny przez smoczą rasę?!

***
-Hej! Hej, Clary! – Jace krzyknął do oddalającej się w głąb Brooklynu rudowłosej gomółki sera. Z początku nie zareagowała, ale jego natarczywy ton głosu był na tyle mocny, że w końcu zdecydowała się na przekór sobie odpowiedzieć.
Było to spowodowane po części przez imperatyw narracyjny, po części przez żałosne resztki imperatywu kategorycznego, ale również przez typowe dla marysuizmu tłumienie podstawowych instynktów samozachowawczych.

Będę miła, obiecała sobie, jak codziennie, narratorka.
- Co chcesz? – Odwróciła się, siląc się na uśmiech, który jej nie za bardzo wyszedł, sądząc po minie Jace’a.
Takiej?










Obracała w rękach śnieżną piłeczkę, wygładzając ją, by nie miała żadnych kantów, tworząc idealną i o dziwo miękką piłkę.
Zapamiętajcie, że ona trzyma tę śnieżkę w rękach. Bo kilka akapitów dalej ona zdematerializuje się bezszelestnie, gdy pohaterka nie będzie jej potrzebowała, by znów pojawić się wraz z irytacją Clary.

- Pomyślałem, że powinnaś to mieć z powrotem. Leżało na twojej ławce dzisiaj rano. – Wzruszył ramionami i wyciągnął rękę z jakimś kawałkiem papieru.
Czy w Waszych umysłach też pojawił się makabryczny obraz odciętej ręki zaciśniętej na skrawku papieru..?

Popatrzyła na kartkę przelotnie.
- To nie moje.
- Było podpisane.
Clary wzruszyła ramionami.
-Może ktoś się podpisał za mnie?
- Skoro piszesz sama sobie dedykacje no to gratuluję. – Odparł złośliwie Jace. Dziewczyna zgromiła go wzrokiem.
Ech, Jace. Proponuję poczytać sobie słownik. Podpis oznacza przyznanie się autora do swojego dzieła. Tymczasem dedykacja to napisanie, iż dana rzecz jest dla kogoś konkretnego. Nie możesz stwierdzać, że podpis to to samo co dedykacja, bo wykazujesz się skrajną ignorancją.

- Zamknij się i daj mi ten papier. – Wyrwała mu z ręki arkusz i rozwinęła, przyglądając się w skupieniu.
Arkusz..? Wydawało mi się, że to był zwykły kawałek papieru, a nie starożytny zwój.

Krzyknęła cicho i odrzuciła jasną stronę mocy jakby ją sparzyła. Jace złapał ją, zanim upadła i też się przyjrzał, chociaż robił to wiele razy tego dnia; nie dostrzegł nic dziwnego, tak jak poprzednio.
Jaki subtelny; łapie Clary, przygląda się jej naprawdę ukradkiem, ba! zrobił to kilka razy tego dnia i jak wynika z opisu - zupełnie nienachalnie. W ogóle nie jest podejrzane to, że cały czas łaził za nią i ją łapał, a to że jest zawiedziony, że ona nie ma żadnych dziwnych objawów, to też jest normalne.

Zwykły rysunek diabełka o anielskiej twarzy ze skrzydłami. Faktycznie, dobrze narysowany, przez kogoś z niewątpliwym talentem, ale…
Ale dość makabryczną wyobraźnią, prawda?
Potrafię wyobrazić bardziej makabryczne rysunki. Makabryczność powinna zawierać np. kości i krew. Typu diabełek ze skrzydełkami i anielską głową w ręce.

- Zabierz to sobie, jeśli chcesz – szepnęła Clary odsuwając się, jakby jak najdalej od szkicu. – Ja go nie chcę.
- Powiesz mi, dlaczego? – Zapytał z nutą nadziei na jakieś tajne informacje o Jedynym Pedale, które Samanthy mogłaby przekazać Pudrowi Nieskończonem i jego mhrocznym współprcownikom w głosie, świdrując ją swoimi złotymi jak miód oczami. Clary przełknęła głośno ślinę, po czym zwiesiła głowę.
- Ten rysunek nie przynosi nic dobrego. – Odparła cicho i odwróciła się. Rzuciła jeszcze przez ramię:
- Osoba, która go wykonała też. Niedługo ulice płynąć będą krwią, jak zawsze po takich rysunkach. W imię Pudru Nieskończonego!
I poszła przed siebie, nie wiedząc gdzie, bo z jej oczu kapały duże, gorące łzy.
I idąc w ten sposób wpadła do rzeki,

- Clary! – Jace ruszył w jej kierunku szybkim krokiem. – Clary!
Stanęła zirytowana, po czym cisnęła w niego śnieżką, która mknęła i mknęła w górę, aby zakończyć swój żywot rozpłaszczona o bezlitosną, literalną ścianę rzeczywistości, chybiając o włos od jego głowy.
Wyprzedził ją, po czym zagrodził drogę, kładąc obie ręce na jej ramionach. Spojrzała na niego dziwnie i jednym zwinnym ruchem dłoni strąciła jego ręce.
Wybacz pisaneczko, ale ciężko mi to sobie wyobrazić.
Carmen robiła salta spadając w dół, a ty się dziwisz, że Clary strąciła jego dłonie?
Carmi po prostu łamała prawa fizyki - zdarza się. Clary tymczasem najwidoczniej nie ma szyi, bo tylko w takim wypadku możliwy jest opisany manewr. A to odrobinę wykracza po za zwykłe anomalie fizyczne w opkach...
Mówimy o osobie o pięciu oczach...

- Nie dotykaj mnie. – Wycedziła.
- Możesz nie mówić zagadkami?
Obok epidemii somnambulizmu dodajemy epidemię sfinksów permanentnych.
 
I czemu ten rysunek tak cię wyprowadził z równowagi?
Obrazek uraził jej uczucia artystyczne.
Doprowadził również do spłycenia jej wrażliwości na wrażenia estetyczne.

To tylko zwyk…
Ja tam nie wiem, co to zwyk.
Może to taki nawyk, co zbrzydł?
Albo wnyk z zawartością.
- A czy ty możesz się ode mnie w końcu odczepić?!- Przerwała mu dziewczyna – przychodzisz sobie do tej szkoły i wydaje ci się, że, kim niby jesteś, żeby włazić swoimi brudnymi butami w moje prywatne życie!? JESTEŚ NIKIM INNYM JAK SPECJALISTĄ OD STAWIANIA PRZECINKÓW TAM GDZIE NIE TRZEBA!
Ostatnie zdanie wykrzyczała mu w twarz, zupełnie świadoma tego, co robi.
To coś nowego.

Jace spojrzał na nią chłodno, bo zemsta najlepiej smakuje na zimno.
- Moje buty są czyste, nie wiem, jak twoje. – Odpowiedział z kpiną.
Nie ma to jak cięta riposta!

Po chwili jego twarz złagodniała.
– Chodź do mnie. Zapraszam na obiad. Skusisz się?
- Eee… – zająknęła się zbita z tropu dziewczyna. Ona na niego wrzeszczy, a ten ją zaprasza na obiad?
Powinna ci się zapalić rubinowo-czerwona lampka ostrzegawcza. Ten chłopak najwyraźniej traktuje twoje wybuchy złości, jak wahania nastrojów pięciolatki i nic sobie z nich nie robi. Nie wróżę zbyt dobrze waszemu związkowi, skoro on jest przesiąknięty freudowskimi pseudonaukowymi teoriami.

– Wiesz, ja chyba… No… Ten, teges… No…
Jace uśmiechnął się z pobłażaniem.
- Chodź. – Złapał ją za łokieć i delikatnie pociągnął w kierunku nieczynnej stacji metra.
Clary otworzyła usta zdziwiona jego stanowczością i lekkością, z jaka zdawał się z nią prowadzić tę niezwykle fascynującą konwersację
Zaraz, zaraz. Czy on ze mną flirtuje!?
Czyżby Jace też kontaktował się z narratorem?
Eee tam. Raz się żyje!
Co mi się może stać, jak pójdę z obcym facetem do jego domu?

- Pójdę z tobą, pod warunkiem, że puścisz moją, rękę. – rzekła Clary, nie będąc do końca pewną, czy kończyna za którą trzyma ją Jace, jest ręką, stąd postawiła tam przecinek. Westchnęła nieco zażenowana całą sytuacją.
Też nie lubię być niezorientowana w sytuacji.

- Rozkaz.
Clary pokręciła głową, ciągle mając ponurą minę i ruszyła za nim, powłócząc nogami.
Bo Clary tylko z pozoru jest silną i niezależną kobietą. Tak naprawdę całe życie była wychowywana we freudowskim poczuciu niższości wobec mężczyzn i dlatego teraz nie ma odwagi, aby się sprzeciwić Jace'owi.

***
- Daleko jeszcze? – Zaczęła jęczeć po pół godzinie marszu.
Bo akurat dziś cała komunikacja miejska Nowego Jorku stanęła ze względu na wyżej wspomniany protest mniejszości ulic Nowego Jorku. No cóż, pech, niech Clary ma pretensje do narratora.

- Nie jesteś długodystansowcem. Już jesteśmy. – Wskazał ręką na budynek przed sobą. Clary zamrugała oczami kilka razy, nie wierząc w to, co widzi.
Polecam wyjąć tą zapasową gałkę oczną z kieszeni, przetrzeć i wstawić w oczodół, na miejsce tej zużytej.

- Chyba masz niezłe pojęcie, jak rozśmieszyć dziewczyny. – Powiedziała z uśmiechem.
Jace pokręcił głową.
- To nie był żart. Ja naprawdę tu mieszkam. – Wyciągnął klucz i włożył go dziurkę w bramie, szepcząc jakieś niezrozumiałe dla niej słowa.
- Ma familia będzie nadzwyczaj ukontentowana, wszakże wynalazłem nam rarytasową dziewoję jako wiktuał na dzisiejszą wieczerzę.
- Nie żartuj, ja tam nie wejdę.
- Zakład?
- Nie przejdę przez cmentarz! Jesteś powalonym świrem, że chcesz mnie zaciągnąć do opuszczonego kościoła!
Jakiego kościoła?  Jace zamieszkuje bardzo gustowną, wiktoriańską kryptę rodową.
Clary prawdopodobnie cierpi na kjimetrofobię.
A tak, a propo. Czy ona na serio uważała, że niezłym sposobem na rozśmieszenie dziewczyny jest ciągnięcie jej przez pół godziny na piechotę z obietnicą obiadu, a później proponowanie eksploracji starych nekropolii. Świetny żart, doprawdy.Ależ oni idą na obiad. Dziś rano pogrzebali trzech nieskremowanych. Krew może nie taka jak z żywego, ale szpik nadal dobry.

Chłopak prychnął z niecierpliwością.
- Weź mnie za rękę, a obiecuję, że nic ci się nie stanie.
Romantyk do kwadratu się nam trafił.

- Nie jestem samobójcą.
- Clary!
- Co? – Burknęła niezadowolona. – Najpierw zapraszasz mnie na obiad, a potem każesz iść do jakiegoś kościoła, który zaraz się zawali, jak tylko otworzy się drzwi. Co to, to nie.
Jace ze złością złapał ją za rękę i pociągnął .
Był zniecierpliwiony, a zarazem znużony. Za każdym razem to samo!

Próbowała mu się wyrwać, szarpała, wolną ręką próbowała go uderzyć w twarz, jednak bezskutecznie.
A może, no nie wiem, zacznij wołać o pomoc? Albo spróbuj uderzyć go gdzie indziej? Ja wiem, że twój instynkt Mary Sue każe ci go tylko spoliczkować, ale to nieodpowiedni moment.

- Co ty robisz? – Pisnęła przerażona, kiedy dotarli do frontowych drzwi. Chłopak położył swoją dłoń na nich i znowu zaczął coś szeptać.
Obstawiam przepis na szarlotkę z arbuzem.
Albo na Chrupiącą Żabkę domowej roboty.


- Chcę cię zgwałcić, potem poćwiartować, ugotować, a na koniec zjeść. Będziesz głównym daniem dzisiejszego posiłku.
Nareszcie! 
Przynajmniej jest szczery. Choć spodziewałam się czegoś bardziej oryginalnego i ambitnego.


















I wepchnął ją do środka.
Pewna, że uderzy głową o twardą, kamienną posadzkę, zasłoniła głowę rękami i spadła do przodu. Najpierw kolana, potem łokcie i na końcu głowa z cichym plaśnięciem odpadły od tułowia.
Najdziwniejsze jest to, ze nie poczuła żadnego bólu.
Dzieje się tak, ponieważ receptory bólu znajdują się w mózgu, którego ty nie masz.
 
Podniosła lekko głowę do góry i przełknęła głośno ślinę, nie wierząc własnym oczom.
Jedna z niewielu rozsądnych rzeczy,które Clary zrobiła

- Witaj u mnie w domu, Clary. – Powiedział z cieniem śmiechu w głosie Jace. – Możesz wstać, jako pan domu pozwalam ci się przede mną już nie korzyć.
Clary spiorunowała go spojrzeniem i usiadła masując głowę. Potem jedną rękę położyła na perskim dywanie, którym był wyłożony Hol. Pogładziła go palcem, próbując dojść, skąd się tu wziął.
Ze sklepu? Z zakurzonego składziku? Uprzędli go mieszkańcy? Pojawił się tu przed początkiem świata? Tyle pytań. Tak mało wyjaśnień.
Nie martw się Clary, my też zastanawiamy się skąd tu wziął się Wielki i Wszechmocny Hol.
Wszędzie spiski i wrogowie. Hol szpieguje dla Pudru.

- Jakim cudem?
- Normalnym.
- Co? – Mruknęła zdezorientowana.
Pierwszy raz Clary zachowuje się adekwatnie do sytuacji.

- No cudem. – pokręcił głową, podając jej rękę, którą przyjęła, by się podnieść.
Mam rozumieć, że żaden cud się nie wydarzył?
Wydarzył się cud. Normalny cud. Nic nadzwyczajnego.

– Chodź, zobaczymy, co Alec ugotował.
- A… Alec?
- Mój brat.
- Jeśli jest takim samym dupkiem jak ty, to ja dziękuję.
- Marudzisz. Chodź, czuje kurczaka. – Jace zaśmiał się i pociągnął ją za rękę wgłąb ciemnego korytarza…

Ten Mroczny Wielokropek na końcu mówi sam za siebie. Biedna Clary. W sumie chciałyśmy poświęcić jej jeszcze jedną analizę, ale zrezygnowałyśmy. Może kiedyś do niej wrócimy, choćby po to, żeby podręczyć same siebie. Znalazłyśmy bowiem opko, na widok którego krew ścięła się nam w żyłach, oczy wylazły na wierzch, a włosy stanęły dęba. Będziecie czytać i płakać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz